Tablica ogłoszeń

Jeśli za mną tęsknicie, w linkach można znaleźć moje pozostałe blogi. Nowsze i lepsze.

Zapraszam również do udziału w projekcie: Grupa Pisania Kreatywnego!




Co mojego autorstwa chcielibyście przeczytać po zakończeniu szeptu?

piątek, 25 września 2015

Szept 26 ~ Krwawa historia.

 Ok. I oto ostatni rozdział z serii Szeptu Cieni. Czuję swego rodzaju smutek, mając świadomość, że historia kończy się tym rozdziałem. Może mogła być dłuższa, może lepsza. Cóż, pisanie tego było ciekawym doświadczeniem i gratuluję tym, którzy dotarli aż tutaj. Cóż... Bez zbędnego przeciągania zapraszam do lektury. Enjoycie!

***

Stoimy z Amy ramię w ramię, oczekując Maxa. Zbliża się. Powoli, nieśpiesznie. Wie, że nie mamy już dokąd uciec. I może nawet myśli, że zamierzamy się poddać bez walki lub, że wygra niezależnie od wszystkiego. Nie mam pojęcia... Nie wygląda na kogoś tak pewnego siebie. Z drugiej zaś strony zaskoczył mnie już kilka razy. Nie sądziłam, że tak zawzięcie będzie na mnie polował. A zatem gdzie jest klucz do tej zagadki? Jak to możliwe, że ten lekko zahukany chłopak potrafi tak zajadle na mnie polować? Co kryje się za tą sytuacją? Nie rozumiem. Nie wiem. Mam jedynie przypuszczenia. Nie. To za mało powiedziane. Mam przeczucie. Coś kłuje mnie w środku, jakbym powoli, bardzo powoli, zbliżała do sedna sprawy. Zupełnie jakbym błądziła po omacku, szukając włącznika światła, który jest gdzieś obok, tylko nie wiem, w którym kierunku.
Nagle zrywa się wiatr, a światło księżyca jakby słabnie. Nie. Ono nie słabnie. Świeci tak samo mocno jak wcześniej. To po prostu mrok powoli zaczyna nas pochłaniać. Rozszerza się i rośnie. Max jest blisko. Tuż za rogiem. Lada moment i wyłoni się z ciemności. Słyszę już kroki. Wiatr wzmaga się z każdą chwilą, a mrok rozrasta, rośnie w sile.
I jeszcze niedawno pewnie bym się przestraszyła. Może zlękła. Ugięła pod ciężarem niepewności. I pewnie rozglądała nerwowo w poszukiwaniu ucieczki, desperacko walczyła o życie. Rzucam Amy dyskretne spojrzenie. Doskonale widzę, że się waha. Stoi obok mnie, bo nie ma innego wyjścia. Zmusiłam ją do tego. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wolałaby być gdziekolwiek byle nie tu i teraz. Ale nie pozwolę jej uciec. Tak samo jak Maxowi. I sama również nie zamierzam uciekać.
Sama nie wiem, jak i kiedy to się stało, że przestałam się bać. Nie wiem, czy to zasługa Vincenta, czy tak licznych nieprzewidzianych wydarzeń, które miały dotychczas miejsce. Ale coś się zmieniło. Powoli zaczynam dostrzegać te zmiany. Prostuję się nieco, lecz jestem bardzo spokojna i rozluźniona. Uśmiech nie znika z mojej twarzy. Wręcz przeciwnie, czuję jak moje usta wykrzywiają się coraz bardziej, aż w końcu radośnie szczerzę zęby, gdy z mroku wyłania się znajoma postać.
-Czekałam - mówię.
Patrzę radośnie na Vincenta, a on uśmiecha się do mnie. Wiedziałam, że przyjdzie, gdy będę go potrzebowała. Zawsze się zjawiał. Teraz podejdzie do mnie i weźmie mnie w ramiona. Wyszepcze słodko do ucha "koniec walki". Nie. Nie powie tego, ale bez wahania stanie ze mną ramię w ramię.
Potrząsam przecząco głową, odpędzając od siebie iluzję. Chciałabym, by to była prawda. Jednak jestem absolutnie świadoma tego, że walka dopiero nadchodzi. I przede mną nie stoi Vincent, tylko Max. A ja właśnie wpakowałam się z buciorami w samo centrum chaosu. Wywołałam apogeum w najczystszej postaci. Zimny wiatr przyprawia mnie o dreszcze, a mrok szaleje zarówno w moim sercu jak i wokół nas. Nie boję się.  Nie boję się. Nie boję się. Można rzec, że cała sytuacja nawet trochę mnie bawi.
Amy spogląda na mnie, a ja szczerzę zęby w szerokim uśmiechu, jakby dodając jej otuchy. Jednak w jej oczach widzę tylko rosnące przerażenie. Nie Maxa się obawia, lecz mnie. Ten fakt uderza mnie z ogromną siłą, ale nie jest już w stanie niczego zmienić. Przypuszczam, iż ta krwawa historia była z góry przesądzona tamtego dnia, gdy zgrzeszyłam. To właściwie... Bardziej, niż pewne.
-Czekałyśmy na ciebie... Max - mówię spokojnie, po czym cicho zwracam się do Amy. -Wygramy.
-Wolałabym w ogóle nie walczyć.
-Cóż... Nie powiedziałam, że będziemy walczyć, tylko, że wygramy - śmieję się cicho. - Ale najpierw chcę wiedzieć...
-Wreszcie możemy to zakończyć - stwierdza Max. - Nie macie już gdzie uciekać.
-Nie żebym kiedykolwiek miała taki zamiar...
-Racja. Gdyby nie Vincent nie wywinęłabyś mi się już wtedy. Byłoby po wszystkim.
-Byłoby po wszystkim. To fakt - przytakuję. - Gdyby nie Vincent.
-Ale tym razem ci nie pomoże. Tak go urządziłem, że nieprędko wychyli łeb z tej swojej kryjówki!
Mimowolnie zaciskam dłonie w pięści i słyszę szept Amy:
-Nie daj się sprowokować. Vincentowi nic nie jest.
-Wiem... - Nie wiem, ale chcę w to wierzyć. - To, co Max? Skoro nikt nie może nam już przeszkodzić, może usiądziemy przy herbatce i pogadamy?
-Chcesz rozmawiać? Nie mamy o czym ro... Ah. No tak. Przecież ty nic nie wiesz. Vincent nic ci nie powiedział.
-Czego mi kurwa znowu nie powiedział? - mruczę do Amy.
-Vincent znał motyw Maxa. Odkrył coś.
-Że coś wiedział to ja wiem, tylko, co to było? - pytam rozeźlona.
-Nic mi nie powiedział. Tylko tyle, że to ma jakiś związek z twoim Cieniem i dniem zawarcia kontraktu.
-Dniem zawarcia... kontraktu? - powtarzam bezmyślnie.
-Chyba nie zapomniałaś tej nocy?! - pyta gniewnie Max, podchodząc bliżej.
Teraz stoimy twarzą w twarz. I wreszcie mogę spojrzeć mu w oczy. Jest w nich coś dziwnie znajomego. Niebezpiecznego. Już wcześniej to wiedziałam. Przed oczami pojawia mi się twarz człowieka, przed którym uratowała mnie Umbra. A potem jeszcze przypominam sobie moją ostatnią wizytę, gdy byłam w domu podczas przerwy świątecznej. Szłam na spotkanie z Kate i wydawało mi się, że ktoś tam był. Wydawało mi się, że ten człowiek tam był, ale to było niemożliwe. Za to...
-Ty... Też tam byłeś - stwierdzam, dłonie zaciskając coraz bardziej. - Byłam wtedy zbyt przerażona i zdezorientowana, żeby zauważyć, że w cieniu czaił się ktoś jeszcze... Byłeś tam, Max!
-To prawda. A człowiek, którego pożarł tamten cień, był moim ojcem.
Wszystko stało się jasne. Nie miałam już najmniejszych wątpliwości.
-Lucy, o czym on mówi? - Głos Amy sprowadza mnie na ziemię.
-Amy - zaczynam z powagą w głosie. - 4 lata temu... No teraz już 4 z kawałkiem - dodaję nieco rozbawiona, chociaż nie do końca wiem czym. - W moim mieście miała miejsce seria ataków na młode dziewczyny... Mój Cień, Umbra, jak mniemam była jedną z ofiar. Wtedy dopadła tamtego mężczyznę, ratując mnie, ale wiedziała, że został ktoś jeszcze... To dlatego nienawidziła go do tego stopnia, że ledwo mogłam nad nią zapanować, a zarazem chroniła mnie, gdy była taka potrzeba.
-Miała na imię Kate - śmieje się Max. - Dokładnie. Tak samo jak twoja przyjaciółka. Chodziła do tego samego liceum, co ja.
-W ten sposób? - pytam. - Ty je wybierałeś, a potem... Co z tego miałeś? Jakąś nieziemską frajdę? Benefity? Jarało cię patrzenie jak cierpią? Czy robiłeś to pod groźbą ojca? Chociaż nie. To ostatnie wydaje mi się najmniej realne, gdy patrze w twoje oczy. A może na tym to polegało? Może wcale nie chciałeś stać się taki jak on? Może zmusił cię do tego? Groził ci. Powiedział: one albo ty. Oczywiście, że wolałeś zadbać o siebie i tak się zaczęło. Mam rację? Byłeś przerażony, miałeś dość. Przeklinałeś i jego i siebie. Ale gdy chciałeś się wycofać było już za późno. Mrok już dawno wykiełkował w twoim sercu. I chociaż nienawidzisz go całym sercem, chcesz się teraz za niego mścić, bo wiesz, że powinieneś skończyć w ten sam sposób.
-Milcz! Nie uda ci się to. Nie trafiłaś. O niczym nie masz pojęcia.
-Jezu - słyszę jęk Amy. - To chore...
-Od ciebie akurat nie chcę tego słyszeć - syczy Max przez zaciśnięte zęby.
-Tym razem zgadzam się z psycholem - wtrącam się, patrząc na nią z ukosa. - Też urządzałaś sobie takie chore polowania.
-Ale na kontrahentów - broni się Amy.
-Faktycznie... To wiele zmienia...
-Lucy.
-No nic... Wracając do tematu - mówię i biorę głęboki wdech. - Wiem już, dlaczego Umbra chciała cię dorwać. To ma sens. Na jej miejscu pewnie też chciałabym zrobić ci wiele bolesnych rzeczy. Właściwie i tak mam ochotę. Tylko... Dlaczego ty na mnie polowałeś? Bo co? Bo wam uciekłam? Bo zawarłam kontrakt z Umbrą? Czy faktycznie zemsta za ojca?
-Brawo!
-Oh. Zemsta za kochanego tatusia? - kpię. - No tak, musieliście być naprawdę zżyci skoro razem rozkręcaliście taki... biznes?
Czuję, że cała się trzęsę. Może i ze strachu. Ale na pewno z podekscytowania. Wreszcie odkryłam prawdę, a przede mną stał najprawdziwszy psychopata... Nie, przepraszam. To obraza dla psychopatów. Nie wszyscy są źli. Ale on? Ucieleśnienie najprawdziwszej patologii to chyba jeszcze komplement w jego przypadku.
-Lucy? - Amy znów spogląda z przerażeniem to na mnie to na Maxa. - Jeszcze możemy się wycofać. Vincent na pewno już się zorientował co się dzieje. Na pewno niedługo tu będzie.
-W takim razie musimy się pospieszyć - stwierdzam.
-Aż tak ci śpieszno do g...- nie daję Maxowi czasu, by dokończył zdanie, mówiąc:
-Nie nadajesz się na czarny charakter. Twoje teksty są banalne, pozbawione humoru czy chociaż odrobiny kreatywności. Zwyczajnie wyblakłe. Nudne.
-Lucy... Zamierzasz teraz oceniać walory stylistyczne tego co mówi?
-Nie. Zwracam uwagę na fakt, że nie pasuje do tej roli. Te teksty zbudował na podstawie obejrzanych kryminałów albo diabeł wie czego. Albo zwyczajnie naśladuje ojca, który musiał być idiotą. Chociaż nie zdążyłam z nim wtedy pogadać.
Widzę kątem oka, że Max marszczy brwi. Wkurzyłam go. Doskonale.
-Ale nie prowokuj go.
-No właśnie. Nie prowokuj mnie. Może jeszcze...
-Może jeszcze chcesz zaproponować, że jak zacznę błagać o litość, to mnie oszczędzisz? Chyba naprawdę nie chcesz wypełniać swojego kontraktu, co? Przecież wiem, że polega on na zabiciu mnie, ale mimo tego polowania na mnie, zdajesz się nieco odwlekać to w czasie. Żałosne.
-Po prostu nie śpieszy mi się, bo wiem, że nie masz gdzie uciec.
-Naprawdę w to wierzysz? W sumie... Każda wymówka jest dobra - mruczę, zerkając do Amy, która wreszcie zaczyna reflektować.
-Wasza rozmowa naprawdę zaczyna być śmieszna. Chcecie dopaść siebie nawzajem, ale żadne z was nic nie robi.
-Cicho Amy - śmieję się. - Bo się wyda, że Max wcale nie chce mnie zabić. Utrudniasz chłopakowi życie.
-Przestańcie się śmiać - burzy się Max.
O tak. Właśnie tak. Z każdym słowem rozbudzam chaos, potęguję mrok. Z pozoru nic nieznacząca rozmowa, podsyca ogień. Wiatr znowu się zmaga i robi się lodowato, ciemno. O to chodzi. Niech znów zapanuje chaos!
-Oj, oj... Lucy, zdenerwowałaś go.
-Kto? Ja? - pytam z miną niewiniątka. - To ty patrzysz na niego z góry.
-A ty nie?
-Nieeeeeeee... Skąd - całkowicie go ignorujemy, dając się wciągnąć w głupią sprzeczkę.
-Już ja cie znam Lucy. Jest ci go zwyczajnie żal, bo jeszcze nie wie, że wpadł w pułapkę, jak śliwka w kompot.
-Jakież poetyckie porównanie. Ale cichaj, cichaj! On jeszcze nie wie, że wszystko zaplanowałam.
-Co? Co takiego mogłaś zaplanować? Chyba, że za chwilę zjawi się tu cała chmara kontrahentów!
-Nie zjawi.
-Więc nie masz żadnego planu.
-Cicho Max, nie rozmawiam teraz z tobą - karcę go i znów zwracam się do Amy. - No to ten... Po wszystkim, napijemy się tego bananowego piwa, nie?
-Ooooł jes! Jestem za.
-Skończcie to natychmiast!
-Oh. Ależ ten chłopak nerwowy - śmieję się, obserwując jak powietrze wokół Maxa zaczyna wirować.
Wkurzyłyśmy go. Ale kto by pomyślał, że tak łatwo da się sprowokować. Chociaż... Ignorowałyśmy go? Tak. Zakpiłyśmy z niego? Tak. Uraziłyśmy dumę? Na pewno. Trafiłyśmy w czuły punkt? Może.  Nagrabiłyśmy sobie? Jak najbardziej.
I znów nie mogę powstrzymać uśmiechu. Na to właśnie czekałam. Na te dreszcze wywołane falą emocji i strachu. Oh. Ostatni raz czułam się tak podczas spotkania z Czarnym psem. Wtedy wydawał się nieokiełznany, a dzisiaj kuli pod siebie ogon, lekko chowając się za moimi plecami. Zamiast tego Max. Oh, ależ on się wkurzył. Jego cień rośnie, rozszerza się i zbliża coraz bardziej. Naprawdę myśli, że ma przewagę.
Biorę głęboki wdech i zaraz po tym uderza nas pierwszy podmuch wiatru. Na tyle silny, że musiałam mocno zaprzeć się nogami, by nie upaść. Mimo to nie cofnęłam się nawet o milimetr. Znów spojrzałam na Amy. Nie sądziłam, że będzie się tak wahać. Może dlatego, że tej nocy nie jest w pełni sił... Ale to tylko świadczy o tym jak niepewna jest na co dzień. Funkcjonuje zapewne tylko dzięki swojej sile. Dziś jej nie ma. O tym też nie pomyślałam. Od chwili, gdy zrozumiałam, że to ona jest Czarnym psem, nie pomyślałam, że maskowała jedynie strach. Tak samo jak Vincent była półcieniem. Nie wybrała takiego życia. Ja i Max to co innego. Z grubsza... Oczywiście nie wybraliśmy wielu rzeczy. Może zawarł ten kontrakt ze strachu. Tym właśnie żywią się Cienie. Głównie strachem, także nienawiścią i gniewem. A to przecież tak ludzkie emocje. Tak silne. Może to wszystko wymknęło się mu z pod kontroli. Ale to bez znaczenia. Nie mogę analizować sytuacji pod takim kątem. Nie mogę mu teraz współczuć. Muszę z nim wygrać.
Kolejny podmuch wiatru uderza mnie w twarz, wyrywając z zamyślenia. Mrużę lekko oczy, bacznie obserwując Maxa, jak podchodzi coraz bliżej. Wreszcie stoi tuż przede mną. Wokół nas szaleje mrok. Słyszę krzyk Amy, ale już jej nie widzę. Nic nie widzę. Tylko Maxa. Panuje absolutna ciemność i nagle wszystko ucicha. Jesteśmy odizolowani. Czuję jak miażdży mnie spojrzeniem, czuję jego rządzę krwi. Jestem dziwnie spokojna. Jak nigdy dotąd. A może to raczej obojętność? Taka prawdziwa znieczulica. Bo tak właśnie się teraz czuję. Wcale. Nie czuję nic. Nie czuję strachu, złości, smutku. Niczego. I nawet nie wiem, czy nadal się jeszcze uśmiecham. Podnoszę wzrok i spoglądam na Maxa. Kipi gniewem, ale mnie to nie rusza.
Nie ma też znaczenia, że widzę niemal to samo spojrzenie, co 4 lata temu. Ciemne oczy, kryjące w sobie coś mrocznego, utkwione są we mnie. Lecz tym razem mnie nie paraliżują. Nie mają takiej mocy. Nie mają nade mną kontroli. Nie cofam się, chociaż czuję na twarzy ciepły, nieprzyjemny oddech drapieżnika. Doskonale wiem, co chciałby ze mną zrobić. Myślę, że nawet dostrzegam w jego dłoni coś święcącego. Nóż. Ale jego obecność, jego aura nie jest już przytłaczająca. Jego mrok zaczyna powoli maleć.
Właśnie dlatego, że Cienie żywią się strachem. Max zaczyna tracić na sile. Ciemność rozrzedza się i powoli przebija się do nas światło. Dopiero teraz nadchodzi pora bym wykonała ruch. Oczywiście. Nóż wciąż stanowi realne zagrożenie. Tysiące rzeczy może przecież pójść nie po mojej myśli. A jednak nie waham się. Wzywam do siebie w myślach Umbrę.
-Kate... - szepczę.
I znów zapada mrok. Tym razem jest jednak przyjazny. Otula mnie ciepła, miękka kołderka mroku, której nie muszę się obawiać. Jest po mojej stronie. Mamy wspólny cel. Widzę za to, że mina Maxa rzednie. Stracił przewagę. Teraz to ja panuję nad sytuacją. I chociaż przez chwilę podejrzewam, że zaatakuje mnie w akcie desperacji, on wypuszcza nóż z dłoni i po omacku rzuca się do ucieczki. Wie, że przy odrobinie szczęścia uda mu się wyrwać z mojej pułapki.
-Amy - krzyczę. - Nie pozwól mu uciec!
Tak. Od samego początku była tu tylko po to, by odciąć mu drogę w razie potrzeby. Niczego od niej nie oczekiwałam. Niczego się po niej nie spodziewałam. Sama zamierzałam dokończyć dzieła. Podnoszę z ziemi nóż i z uśmiechem podchodzę do szamoczącego się po ziemi Maxa. Amy patrzy beznamiętnie. Nic nie mówi. Nikt nic nie mówi. Panuje absolutna cisza.
Wiem, że Vincent jest już niedaleko. Jestem tym wszystkim zmęczona. Bardzo zmęczona. Nawet życiem i oddychaniem. Ledwo stoję na nogach. Nie wiem nawet, czy nie ugną się pode mną, gdy zrobię kolejny krok. I od tak, bezceremonialnie runę na ziemię. Jednak w oddali widzę już dobrze znaną mi postać. To dodaje mi otuchy i sił. Tym razem to nie iluzja, nie złudzenie, wywołane przez mój własny mózg. Vincent biegnie w moją stronę. Wyraźnie przerażony, na mój widok przyspiesza, co już wydaje się mało możliwe. Uśmiecham się pod nosem. Zatrzymuję się i czekam, aż silne ramiona znów oplotą się wokół mojej talii. A on nie każe mi długo czekać. Bierze mnie w ramiona i przytula mocno, jak nigdy wcześniej. Niemal się duszę, ale nie protestuję. Czekałam na ten moment już wystarczająco długo. Byłam dzielna. Zasłużyłam, prawda?
-Lucy - słyszę. - Lucy! Jesteś cała?
Wciąż się uśmiecham i dopiero po chwili, gdy łzy płyną po moich policzkach, próbuję się odezwać:
-Vincent...
-Na litość boską, Lucy, nie umieraj mi tutaj! - panikuje Vincent, a ja znów się tylko uśmiecham.
Właściwie to wybucham śmiechem, tak głośnym i radosnym, że nie sądziłam, iż wciąż posiadam tyle siły.
-Głupek - mruczę. - Na tamten świat się jeszcze nie wybieram. Nic mi nie jest.
-Nie strasz mnie tak - burzy się. - Idiotka.
-Też cię kocham, Vincent.
-Kocham cię, Lucy...
-Wiem.
-Gdzie Amy?
-Ona...
-Co z nią?!
-Powiedziała, że idzie do domu - odpowiadam wreszcie i znów wybucham śmiechem. - Powiedziała, że ma dość tego wszystkiego i mnie, i że będzie spała tydzień, że jestem wariatką, że nie chce mnie więcej widzieć.
-Nic jej nie jest?
-Jest cała. Jak ruszysz teraz to ją jeszcze dogonisz.
-Nie muszę... A co z... Maxem?
-Jak to co? - pytam niewinnie. - Max już... nam nie zagraża.

***

I tak oto kończy się Szept Cieni! Podobało się? Było warto słuchać szeptów? A może ktoś czuje się rozczarowany zakończeniem? Wiem, ostatnie 2 rozdziały dostarczyły chyba dużo wrażeń i informacji. Dla kogo zakończenie było zaskoczeniem, a kto domyślał się, że tak to będzie? Szczerze mówiąc dla mnie zakończenie również długo było wielką niewiadomą. Pierwotnie zamierzałam uśmiercić Vincenta i rozegrać to zupełnie inaczej, ale jakoś mnie natchnęło i pomyślałam, a co tam. Niech Vincent i Lucy dostaną happy end. Chociaż taki może nieco makabryczny, ale czy na pewno? Tak, czy inaczej dziękuję za poświęcony Szeptom czas. Fanów M&A zapraszam na mojego drugiego bloga, a w stosownym czasie, czyli już 4 października ruszy Legenda Nigmet, która wygrała w ankiecie.

piątek, 18 września 2015

Szept 25 ~ Czarny pies.

 Najpierw chciałam to trochę opóźnić, przeciągnąć, bo powoli zbliżamy się ku końcowi. Z drugiej jednak strony przez ten miesiąc, gdy nie miałam czasu i tak byłoby już kilak notek, więc ta będzie przeprosinowo- gratisowa. A co, znajcie moją łaskę ;) A tak na serio. Nie, no trzeba kończyć, nie cudować i powoli brać się za szykowanie Legendy Nigmet, która nieznacznym poparciem, ale wygrała ankietę, oczywiście nie pominę reszty głosów i po Legendzie Nigmet lub gdzieś w trakcie dołączy kolejna historia z ankiety, ale to jeszcze trochę. Zbyt dalekosiężne plany. Niemniej powoli biorę się za szatę graficzną Legendy Nigmet no i za przygotowywanie akcji. Pierwotnie była to historia długości książki, ale w międzyczasie tak zwanym doszło parę pomysłów i historia się rozrasta. A teraz zapraszam do lektury 25 rozdziału. Enjoycie!

***

Jesteśmy coraz bliżej. Amy wciąż jest nieświadoma tego, co za chwilę się stanie. Może nawet jest mi jej trochę żal. Jednak niezależnie od wszystkiego zamierzam doprowadzić swój plan do końca. Nie cofnę się. Mimo jakże jasnej nocy, rozświetlonej okrągłą tarczą księżyca, powoli pochłania nas mrok. Specjalnie wybrałam tą drogę i tamto miejsce. Mają tutaj szczególne znaczenie. A ciemność maskuje paskudny uśmiech, którego nie potrafię już powstrzymać. Czy ja już oszalałam?
Wreszcie wychodzimy na ostatnią prostą i w oddali już widzę miejsce docelowe, przemierzamy ostatnie metry spowite mrokiem i wreszcie znajdujemy się w zaułku, tej nocy jednak dobrze oświetlonym przez światło księżyca w pełni.
-Chyba trochę zbłądziłyśmy - stwierdza Amy i spogląda na mnie.
-Ależ skąd - odpowiadam spokojnie. - Od początku chciałam cię tu przyprowadzić.
-Co?
Amy wyraźnie nie rozumie, co mam na myśli, ale nie zamierzam tego już ukrywać. Przyszła pora by zrobić kolejny krok. Uśmiecham się od ucha do ucha i wpatruję się prosto w jej oczy.
-Chyba nie zapomniałaś?
-O czym? - Obserwuję jak zmienia się wyraz jej twarzy. Zaskoczenie i dezorientacja ustępują miejsca zrozumieniu, a nawet nucie przerażenia. - Po twojej minie zgaduję, że powoli kojarzysz fakty.
-Lucy, o czym ty mówisz?
-O czym? Naprawdę nie wiesz?
-Nie.
-Przecież to miejsce ma kluczowe znaczenie dla naszej, jak to nazwałaś... Przyjaźni - mówię.
-Nie rozumiem.
-Rozumiesz. Ile jeszcze będziesz udawać? Czy może robiłaś to tak wiele razy, że już nie pamiętasz?
-Lucy?
-Ja pamiętam tamtą noc doskonale. Przyznam szczerze, że długo udało ci się mnie wodzić za noc. Vincent też nie chciał mi nic powiedzieć, ale naprawdę sądziłaś, że nie mam żadnych podejrzeń?
-Ja naprawdę nie mam pojęcia o co ci chodzi. Lucy przerażasz mnie.
-Przestań udawać, Amy. Proszę cię - mruczę zniesmaczona. - To zaczyna się robić żałosne.
-Mówię poważnie... - odpowiada błagalnym głosem.
-Skończ! - warczę rozeźlona. - Mam ci przypomnieć? Jak mnie tu zapędziłaś? A może odegramy tą scenę ponownie, ale tym razem to ja zagram czarnego psa?
-Lucy...
-Dobrze wiem, że to byłaś ty. Nie wiem, dlaczego sobie mnie upatrzyłaś. Może wtedy na wykładach, a może też widziałaś mnie już wcześniej w nocy. Obserwowałaś, wybrałaś dobry moment i... Byłoby po mnie gdyby nie Vincent. Świetnie się bawiłaś, polując na mnie, co nie? Vince trochę ci przeszkadzał, ale ostatecznie i tak parę razy jeszcze próbowałaś. Byle chociaż napędzić mi stracha a potem... khh.... - teatralnie przejeżdżam palcem po szyi. - Czyż nie taki był plan? Czarny psie?
-Lucy, to nie jest śmieszne.
-Nadal udajesz, że nic nie wiesz o cieniach i półcieniach?
-Nie. To nie tak. Dobrze wiem o czym mówisz. Posłuchaj mnie.
-Zamieniam się w słuch, ale masz niezbyt wiele czasu - oznajmiam.
-Wszystko źle zrozumiałaś. Dałaś się omamić. To był on. Czarny pies to Vincent. Dałaś się oszukać. To on zaatakował cię tamtej nocy. Ale to prawda, że też jestem półcieniem. Wiedziałam, że Vincent jest Czarnym psem. To fakt. Milczałam. To też prawda. Ale do licha nie mogłaś wiedzieć. Nie przewidziałam tego, że się w nim zakochasz. A on od początku pociągał za sznurki.
-Chcesz powiedzieć, że to Vincent jest Czarnym psem i że to on próbował mnie zabić?
-Tak.
-Jesteś moją przyjaciółką, chciałam cię chronić, uwierz mi pro...
-Czas się skończył - syczę. - Słabo, naprawdę mnie rozczarowałaś. Sądziłam, że wymyślisz coś bardziej ambitnego.
-Lucy...
-Naprawdę myślisz, że jestem aż tak głupia? Twój pomysł nie był zły, ale... To Vincent zawsze pojawiał się obok, gdy miałam kłopoty. Czarny pies, był wtedy w innym miejscu. Wtedy w knajpie, nagle się pojawił. Vincent też tam przyszedł, więc to nie mógł być on. Za to byłaś ty. Zrobiło się ciemno, a ty zniknęłaś mi z pola widzenia. Zamiast tego niebezpiecznie blisko pojawił się Czarny pies. Oh... Nie zapomnę tych dreszczy i przerażenia. To nie mógł być nikt inny, więc nie wmawiaj mi z łaski swojej takich głupot, rozumiesz? I co? Nie masz nic do powiedzenia?
-Nie.
-Zapomniałaś się dziś trochę. Nie doceniłaś mnie i dałaś się wyciągnąć podczas pełni. Musisz być doskonale świadoma mojej przewagi, skoro tak rozpaczliwie starałaś się mnie przekonać, że jesteś po mojej stronie.
-Lucy to nie...
-Daruj sobie. Proszę. Zresztą mamy mało czasu.
-Dlaczego mało?
-Jeszcze się nie zorientowałaś? Naprawdę masz dziś przytępione zmysły, bo ja czuję go już z daleka.
-Ty chyba nie...
-Ależ tak. Max już tu do nas zmierza. A ja nie zamierzam pozwolić ci uciec.
-Lucy, ty oszalałaś!
-Może - przyznaję, uśmiechając się lekko.
Taki właśnie był plan. Amy już wie, w jakiej jest sytuacji. Teraz muszę tylko wyłożyć karty na stół, przedstawić jej propozycję. Od niej zależy, jak sprawy się dalej potoczą. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam się domyślać, że coś jest nie tak. Jakieś przeczucie w sprawie Amy zrodziło się we mnie chyba wtedy po spotkaniu z Czarnym psem wtedy w knajpie, ale to do mnie nie docierało. Z czasem, powoli, zaczęłam kojarzyć fakty i gdy ocknęłam się po tygodniu ciemności wszystko stało się jasne. Cała prawda uderzyła mnie niczym spadająca na głowę dachówka. Ale wtedy stałam już w centrum chaosu.
-Tak czy siak - mówię wciąż bardzo spokojnie. - W tym momencie nie masz już dokąd uciec.
-Lucy, porozmawiajmy...
-Rozmawiamy.
-Możemy się jeszcze dogadać.
-To słuchaj co mówię!
-Dobrze...
-W tym tempie za chwilę zjawi się tu Max. Dobrze wiem, że oboje na mnie polujecie, ale z jakiegoś powodu woli zabić mnie osobiście. Więc z całą pewnością będzie wolał najpierw pozbyć się ciebie, a ja nie kiwnę palcem. Ba... Może mu nawet pomogę? Chyba że! Powiesz mi, co się wtedy stało i gdzie jest Vincent i pomożesz mi pokonać Maxa. Razem jesteśmy w stanie to zrobić bez większego problemu. To... Co wybierasz?
-Zgoda. I tak nie mam innego wyjścia, no nie?
-Wybór jest zawsze.
-Wolę jeszcze pożyć. Dzięki.
-Liczyłam na to, że wybierzesz rozsądnie.
-Ale jestem pod wrażeniem... Masz rację, że cię nie doceniłam.
-Daruj sobie te komplementy - syczę. - Mów w te pędy, co się wtedy stało. Co się w ogóle działo.
-Vincent zorientował się, że to ja i zagroził mi, żebym zostawiła cię w spokoju. Był silniejszy... Więc się zgodziłam. Wtedy doszedł jeszcze problem Maxa. Zgadaliśmy się z Vincentem, żeby pozbyć się go najpierw, a potem załatwić sprawę między sobą. Ale Max się zreflektował i kiedy byliście razem poszedł do was. Prawdopodobnie nie sam... Tak przynajmniej zrozumiałam, ale nie mam pojęcia kto z nim był. Ma do ciebie jakiś osobisty uraz, więc nie odpuści.
-Pewnie nie wiesz jaki?
-Nie wiem.
-A dlaczego zamroczyło mnie aż na tydzień.
-To prawdopodobnie twój cień. Dało się zauważyć, że dobrze się dogadujecie. Zrobił to, żeby cię chronić, przejął nad tobą kontrolę i chronił cię.
-Zmusił mnie do ucieczki i szlajania się przez tydzień?
-Tak. W tym czasie Vincent zmierzył się z Maxem.
-Z jakim skutkiem? Co z Vincentem? - pytam.
-Vincentowi nic nie jest. Ma parę zadrapań. Wycofał się w cień, by zebrać siły. Dzwonił do mnie, żebym miała na ciebie oko. Dlatego zgodziłam się wyjść na to piwo, nie sądziłam, że to pułapka. Maxowi też się oberwało. Na pewno jeszcze nie odzyskał pełni sił, więc dziś mamy razem szansę... Ale jesteś pewna, że tego chcesz?
-Rozumiem mam się poddać i zginąć, czy masz jakiś genialny plan?
-Uciec. Jeszcze możemy uciec.
-I tak nas dopadnie. Zresztą nie zamierzam uciekać. Już nie.
-Lucy! Vincent nie tylko chciał cię chronić przed nami, ale też przed samą sobą.
-Nie ma takiej potrzeby.
-On nie chciał, byś zrobiła coś głupiego... Chciał sam spełnić życzenie twojego cienia, żebyś mogła się od niego uwolnić. Żeby twoje ręce nie splamiły się krwią.
Wiedziałam... Wiedziałam, że Vincent cały czas mnie chroni. Nie chcę tego zaprzepaścić, ale on jest dla mnie ważniejszy. Nie cofnę się. Już nie.
-Już za późno. To już postanowione. Dopadniemy Maxa i dowiemy się dlaczego na mnie poluje. Potem zabierzesz mnie do Vincenta. Jasne?
-Mogę do niego natychmiast zadzwonić, jeśli tylko zgodzisz się, żebyśmy uciekły Maxowi. Zabiorę cię tam.
-Boisz się Amy... Boisz się ryzykować i chcesz, żeby Vincent nam pomógł - zauważam z niezadowoleniem. - Ale to ci się nie uda. Załatwię to sama, a ty nie masz specjalnego wyboru jak mi pomóc. Nie pozwolę ci uciec, więc wybieraj! Pomożesz mi po dobroci, czy zginiesz z rąk Maxa.
-Dobra! Nie będę się z tobą kłócić. Pomogę, jasne?
-To chciałam usłyszeć.
-Ale dlaczego tak się uparłaś.
-Nie chcę ciągle stać z boku i przyglądać się wszystkiemu. Max chce mnie dopaść, więc wyjdę mu naprzeciw.
-To szaleństwo.
-Może... Ale nigdy nie mówiłam, że jestem normalna. Ja po prostu lubię panować nad chaosem - śmieję się. - Chociaż przyznam szczerze, że nieco mnie rozczarowałaś.... Doprawdy sądziłam, że po tym wszystkim będziesz bardziej bojowo nastawiona.
-Mówią: mierz siły na zamiary. Mamy tylko niewielką przewagę nad Maxem o ile w ogóle.
-To wystarczy. Wciąż mam jeszcze parę asów w rękawie - oznajmiam ze stoickim spokojem i podchodzę do Amy. - Nie waż się wyciąć jakiegoś numeru - mówię chłodno. - Tej nocy nie cofnę się przed niczym. 
-Wiesz, jakoś nie widzi mi się przegrana z Maxem.
-Mi też nie.
-No, to musimy wygrać, Lucy.
-Łatwo się zgodziłaś. Mam się martwić?
-Nie powinnaś się cieszyć?
-Cóż... Myślałam, że osoba kryjąca się jako Czarny pies, jest bardziej drapieżna.
-Max jeszcze nie przyszedł.
-Rozumiem, że dopiero pokażesz kły?
-Dokładnie. Poza tym, darze cię jednak sympatią. Nadal uważam nas za przyjaciółki.
-Dość ciekawe wyznanie w takich okolicznościach - śmieję się.
-Nie uważasz, że jesteśmy poniekąd podobne? Chociaż z drugiej strony zupełnie różne.
-Różne. Ale masz rację, że czasem widzę sama pewne podobieństwo - przyznaję, uśmiechając się półgębkiem.
Jestem nieco rozbawiona rozwojem wydarzeń.
-Więc sama widzisz.
-To jak już sobie tak gawędzimy... Dlaczego na mnie polowałaś? Serio. Tak z czystej ciekawości.
-Wiem, jestem pizgnięta. Ale podobała mi się ta gra. Za dnia byłyśmy przyjaciółkami, a w nocy polowałyśmy na siebie... No... Bardziej ja na ciebie, niż na siebie nawzajem, ale wiesz o co chodzi.
-No... Powiedzmy, że rozumiem.
-To było ciekawe.
-Ciekawe. Ok. Ale od czego się zaczęło?
-Zazdrościłam ci tego, jak szczęśliwa wydajesz się w nocy. Nie zauważyłaś? Jesteś wtedy zupełnie inna.
-Sugerujesz mi rozdwojenie jaźni albo zaburzenia osobowości?
-Hahaha. Możliwe. Za dnia jesteś spokojna, bardziej wycofana, a w nocy bardziej ożywiona, bardziej szczęśliwa i bardziej odważna. Tak jak teraz. Chociaż dzisiaj przeszłaś samą siebie.
-Vincent powiedział mi, że półcienie nienawidzą nocy.
-To prawda... Przeklinamy noc i wszystko co z nią związane. Kontrahenci tego nie znają.
-Jak już mówimy o kontrahentach... - mruczę. - Max jest już blisko... Co mi przypomina, że on też jest kontrahentem. Jak to możliwe, że dorównywał siłą Vincentowi, który był od ciebie silniejszy?
-Mam pewne podejrzenia...
-Gadaj.
-Z tego co słyszałam tu i ówdzie, jest parę myków dla kontrahenta by zyskać na sile. Podobno sporą moc zyskuje się im silniejszą ma się więź z cieniem. No i oczywiście negatywne emocje mają tu spory wpływ.
-Czekaj, czekaj. Więź?
-No. Załóżmy, że twój krewny, przyjaciel... Ktoś bliski, staje się cieniem i jakimś cudem zawierasz z nim kontrakt. Więź między takim zespołem jest silniejsza, rozumiesz?
-Myślisz, że Max?
-Różne rzeczy się zdarzają. Nie wiesz przecież dlaczego cię ściga. Wiem tylko, że ma do ciebie jakiś osobisty uraz tak samo jak i jego cień.
-Skąd wiesz.
-To nie było trudne do odgadnięcia.
-Chyba... Myślę, że może... Bardzo prawdopodobne, że wiem. Ale... Czy to jest możliwe.
-Lucy?

***

Swego czasu była ankieta dotycząca Czarnego psa. I tylko jeden głos oddany był na Amy. Czy ktoś zorientował się z czasem czytania, tożsamości Czarnego Psa? A może jest to całkowitym zaskoczeniem. Przyznam szczerze, że nie od razu była nim Amy. Od początku podkreślałam, że ta historia ma bardziej charakter ćwiczenia i improwizacji. Czarny pies również powstał spontanicznie i początkowo miał nim być Vincent, ale dostał rolę tajemniczego półcienia z kolorowymi ślepiami. Zaś Amy została Czarnym psem.

środa, 16 września 2015

Szept 24 ~ Znów w grze.

 Jest! Jest! Wreszcie! Napisałam. Wiem, przepraszam. Długo, ale kurde działo się o działo. Nie było czasu, nie było sił, nie było weny, ale wróciłam do domu z wygnania po 2 miesiącach, odpoczęłam, wyciszyłam się i oto mamy rozdział. Na Kolejny już też mam plan, więc nie powinno być specjalnie żadnych opóźnień. A tym czasem radujcie się rozdziałem 24. Enjoycie! Tylko sorry, bo znowu wrzucam go bez korekty. Może potem poprawię.

***

Mam już pewne rozeznanie w sytuacji. Ba! Mam nawet pewną teorię! I chociaż nie do końca, a właściwie w ogóle mi się nie podoba, ta myśl krążyła po mojej głowie już od dłuższego czasu. W duchu czuję, że chyba wreszcie odkryłam prawdę. Nie mam tylko dowodu. Podejrzewam jednak, że nie mam innego wyboru jak wyłożyć karty na stół. Nie ważne ile będę ryzykować, zamierzam działać. Tylko jedna osoba może mnie od tego odwieść, ale on przepadł. Zniknął bez śladu. Po tych wszystkich słodkich słówkach i uzależniających pocałunkach. Wiem. Znów zgrywa bohatera. Wymyślił sobie, że będzie mnie chronić, ale ja nie chcę ochrony. Chcę jego i chcę ujarzmić mój chaos.
Raz jeszcze tylko próbuję się dodzwonić do Vincenta, ale bez skutku. Tak jak podejrzewałam. W takim razie nie pozostało mi nic innego jak sprowokować Maxa. Nawet wiem jak. Sama mu się wystawię. Na mojego SMSa Amy odpowiada  niemal natychmiastowo. Jesteśmy umówione wieczorem do baru na piwo. Do tego czasu mogę wypocząć i nabrać sił. Będą mi one potrzebne.
Wreszcie zbieram się do wyjścia. Powoli zbliża się czas. Ubieram się niepozornie lecz wygodnie i wychodzę z domu.W barze jestem przed czasem. Chcę się przygotować mentalnie i przemyśleć raz jeszcze plan działania. W głowie układam tysiące scenariuszy, ale w duchu wiem, że jak zawsze zdarzy się coś innego.No przecież... A więc muszę być gotowa na improwizację. Ale bez obaw. Jestem w tym całkiem niezła. Zresztą po prostu musi wyjść na moje, nie ma innej opcji. Właśnie dlatego się nie martwię.
Szczerze mówiąc... Mam jednak ochotę uciec. Jak wiele razy w swoim życi. Jak zawsze. Aczkolwiek nie uciekam. Nie chcę i nie potrafię. Nie wiem, ale myśl o Vincencie dodaje mi odwagi. Dobrze wiem, że chociaż się wściekałam, pozwalałam mu się chronić. Koniec z tym. Zbyt długi czas trwałam jakby w letargu. Uwięziona pomiędzy "chcę", a "boję się". Teraz czuję się wolna. To niesamowite uczucie. Już się nie wycofam.
Wreszcie zjawia się Amy, więc macham do niej z uśmiechem.  Przygląda mi się badawczo, ale odwzajemnia gest. Podchodzi do stolika i dosiada się. Potem zamawiamy sobie piwo.
-Jesteś pewna, że możesz pić?
-Dlaczego nie?
-Byłaś chora. Nie masz jeszcze antybiotyku?
-Za bardzo się martwisz - odparowuję. - Lepiej, co się działo podczas mojej nieobecności. Mam też nadzieję, że udostępnisz mi część notatek.
-No pewnie.
- Wreszcie wracam na zajęcia. Nudziłam się w domu. - Amy patrzy na mnie z niedowierzaniem. I to ogromnym. Wyraźnie nie wierzy w żadne moje słowo, ale nic nie mówi. Toteż kontynuuję. - Siedziałam tam i się nudziłam. Masakrycznie jak nigdy w życiu. Nienawidzę chorować. Miałam prawie 40 stopni temperatury. Rozumiesz to? - pytam z powagą.
-Tak. Mogę sobie to wyobrazić.
-A ja nie... - mruczę pod nosem, ale ona tego nie słyszy. - A tak w ogóle to przed świętami spotkałam Maxa - mówię i widzę jak wyraz na twarzy Amy zmienia się na chwilę. - Wiesz co? Wiesz co? On chodzi z moją koleżanką, Kate. I wyobraź sobie, że jest z tego samego miasta, co ja. Świat jest mały...
-Tak...
-To może są jakieś ciekawe rzeczy, które wiesz i którymi chcesz się podzielić? - pytam, lecz Amy kiwa przecząco głową.
Potem już milczymy. Powoli popijamy napój i dyskretnie obserwujemy siebie nawzajem. Amy wyraźnie nie domyśla się moich intencji. To dość zabawne, gdyby nie sytuacja.
Niezrażona jednak siedzę dalej, potrzebuję by minęło nieco czasu, potrzebuję uśpić jej czujność.
-A właśnie - mówię z uśmiechem.- Próbowałam wczoraj świetne piwo. Kupiłam sobie u nas w miasteczku. Jakaś nowość. Piwo bananowe. Cudne, następnym razem musisz spróbować.
-Z przyjemnością. Bardzo lubię takie nowości.
-To świetnie, bo widziałam tego więcej, różne smaki teraz porobili. Będę miała z kim testować.
-A jak się zapatrujesz na fajki? Palisz ty w ogóle?
-Cóż... Nie bardzo.
-"Nie bardzo"... - powtarza po mnie Amy. - Czyli zdarza się.
-Czasami. Tak zwanie... Okazjonalnie.
-Wiedziałam. Wiedziałam.
-Cóż, to raczej nie było trudne - śmieję się.
-A masz ochotę? Wczoraj kupiłam takie fajne, jagodowe.
-Oooo jagodowe. Czemu nie. Lubię takie bajery. To co? Zwijamy się stąd nie? Można przecież trochę połazić.
-No nie wiem, jest zimno. Myślałam, że tylko tu przed drzwi wyjdziemy.
-Dopiłyśmy już piwo, a ja jakoś nie mam ochoty na kolejne.
-Jesteś pewna, że powinnaś się szlajać w zimnie tuż po chorobie?
-Nie. Ale... No cóż. Bywa, jak to mówią.
-Oj Lucy...
-No co? Nie mów, że się cykasz, bo jest ciemno.
-Ja się nie boję, nie w tym rzecz.
-No mi to wygląda inaczej - mruczę, uśmiechając się od ucha do ucha. - Nie chcesz wyjść, bo się boisz.
-A ty się nie boisz?
-Czego? Nie żeby ktoś tam na mnie w ciemnościach czyhał przecież - kpię. - Chyba, że o czymś nie wiem.
-Nie... Dobra. Niech ci będzie.
-No. I bardzo dobrze.
Powoli zbieramy się do wyjścia, ubieramy się ciepło i wychodzimy na ulicę. Amy wyciąga z kieszeni paczkę papierosów i częstuje mnie. Z nieukrywaną przyjemnością biorę jednego i odpalam, bo zapalniczkę akurat często zdarza mi się nosić w kieszeni, tak na wszelki wypadek. Zaciągam się dymem, a potem wypuszczam go z ust, w których pozostaje słodki posmak czegoś, co miało przypominać jagody. Jednak koło nich nawet nie leżało. Trochę już czasu minęło odkąd ostatni raz paliłam. Nie wiem... Lubię smak papierosów. Nawet bardziej tych zwykłych, niż takich udziwnonych.
-Dobre, nie? - pyta Amy, gdy wolnym krokiem idziemy przed siebie chodnikiem.
-Całkiem niezłe.
-Niezłe? Tylko niezłe?
-Cóż... Na pewno lepsze niż ten waniliowy szajs, którym się wszyscy zachwycali, gdy weszła moda na smakowe papierosy.
-Zgadzam się.
Idziemy gaworząc wesoło, zupełnie jakby nigdy nic. Tułamy się skryte w mroku nocy, plotkując i śmiejąc się. Jest cicho i spokojnie. Nawet miło. Jednak we mnie, gdzieś w środku rodzi się niepokój. Narasta i kłębi, sprawiając, że serce bije szybciej z każdą minutą. Zwykła noc, jak każda inna. Z pozoru przynajmniej. Gdzieś w oddali słychać ujadanie psa, wyjącego do księżyca w pełni. Od zwykły drobiazg, mały... nieważny. Znak, który zwiastuje nadchodzącą burzę. Kłopoty zbliżają się. Na pustej, cichej ulicy słychać kroki, nieco stłumione warstewką śniegu. I śmiech. Radosny, może nieco stłumiony, skrywający nutę niebezpieczeństwa.
Usta wykrzywione, imitujące uśmiech oraz błysk w oczach, które wcale się nie śmieją. Ona tylko pozornie dopasowują się do nastroju. Skrywają mrok, skrywają niebezpieczny plan i rządzę krwi. W nocy budzi się przecież chaos, w ciemnościach nocy czai się zło. Powoli zbliża się czas do działania. Ot, tak powstanie kolejna tajemnica mroku.
-Ojojoj... Ale z nas plotkary - stwierdza wesoło Amy.
-My nie plotkujemy - karcę ją. - To się nazywa wymiana informacji.
Obie wybuchamy śmiechem.
-Tak. Wymiana informacji.
-Ale poważnie nie pomyślałabym, że obie podkochują się w Davidzie. Po kim jak po kim, ale po Rosalie bym się nie spodziewała.
-No nie? Też nie przypuszczałam. W życiu bym się nie zorientowała, ale wyobraź sobie, że sama mi powiedziała.
-Naprawdę?!
-Nooo. Jeszcze przed świętami jak byłyśmy razem na piwie. Puściły jej trochę hamulce i się wygadała.
-No nie wierzę.
-To uwierz.
-Znaczy wiesz, kleiły się do niego trochę wtedy w barze z ekipą, ale żeby ten tego...? Myślałam, że się po prostu kumplują.
-No wiem, bo to tak wyglądało. A tu bach. Zdziwko nie?
-No trochę bardzo.
Przez chwilę sama zaczynam się zastanawiać, czemu bawię się w najlepsze ze swoją kumpelą, gdy tak strasznie martwię się o Vincenta. O ile wciąż jest żywy i w miarę cały, w trakcie pełni, jako półcień, jest bardzo osłabiony. Co tak właściwie wyprawiam? Już zapomniałam, że muszę go znaleźć? Szybko jednak odganiam złe myśli i doprowadzam się do ładu. Wiem, że wszystko to jest częścią planu. Ryzykuję i wystawiam się na niebezpieczeństwo w tej chwili właśnie dlatego, że tylko teraz mam największe lub jakiekolwiek szanse na powodzenie. Tylko podczas pełni różnica w sile między kontrahentem, a półcieniem maleje. Wiem to. Wszystko ma sens i wszystko jest celowe. Opracowałam ten plan na szybko, ale nie ma prawa się nie udać. On nie może się nie udać, jeśli chcę odnaleźć Vincenta, a chcę.
Teraz, gdy wszystko sobie wyjaśniliśmy, gdy jest mi tak bliski i tak dla mnie ważny, nie mogę sobie pozwolić na to by go stracić. Możliwe, że nigdy mu tego nie powiem. Słowa nigdy nie były moją mocną stroną. Ale kocham go. Tęsknie za nim i chcę go zobaczyć. Chcę by był bezpieczny. Odkąd odzyskałam przytomność nie ma chwili bym o nim nie myślała i nie zastanawiała się, gdzie jest i co robi. Właśnie dlatego muszę zrobić co w mojej mocy, muszę się postarać, a jakoś to będzie. Musi być. Chcę wierzyć, że mogę coś zdziałać i mogę go odnaleźć.
Zgubiłam drogę, zgubiłam się w sobie, gdzieś w mroku. I odnalazłam się na nowo dzięki niemu, zobaczyłam nową, inną stronę siebie. Czegoś się nauczyłam, chociaż jeszcze nie wiem czego. Coś się zmieniło i nie pozwolę temu przepaść. Dla Vincenta na nowo nauczę się jak panować nad chaosem. Mój żywioł wymknął mi się spod kontroli i nie mam innego wyjścia jak ją odzyskać. Wiem, że mogę tego dokonać. Dla niego mogę spróbować, mogę walczyć. Właśnie dlatego zbieram w sobie całą odwagę by stawić czoła temu, co mnie przeraża. Znowu wracam do gry. Wykorzystam chaos i wybuduję nowe królestwo - to kłamstwo. Ale wykorzystam chaos by odzyskać co moje. Tyle mogę zrobić.
Idziemy z Amy ulicą coraz dalej i dalej od baru. Mimowolnie... Nie. Świadomie, ale bardzo delikatnie przyspieszam kroku zmuszając do tego również Amy, jeśli nie chce zostać w tyle. Moje serce bije coraz szybciej, a adrenalina krąży w żyłach. To strach, niesiony do mnie pierwszą falą chaosu. Wiem, że złapali przynętę. Powoli i sumiennie realizuję swój plan. Nie słyszę jeszcze kroków, to dobrze, ale wiem, że ktoś za nami podąża. Wciąż jest jeszcze daleko, wciąż jeszcze nie stanowi zagrożenia. Dopiero wyruszył na łowy. Jak głupio z jego strony, że dał się wyciągnąć na polowanie w tak przerażająco jasną noc. To tylko pokazuje jak bardzo chce mnie dopaść. Każdy z nich. Ale to dobrze. To pragnienie doprowadzi do ich zguby i mojego zwycięstwa.
Maszerujemy z Amy raźnym krokiem, pocieram dłonie udając, że to dla rozgrzania. Maskuję tylko strach i niepewność. Ona wciąż niczego nie zauważyła. Doskonale, wciąż jest nieświadoma tego, co ją czeka. Nie wie jeszcze, że popełniła błąd z chwilą, gdy dała się wyciągnąć na to piwo. Tej nocy chaos jest po mojej stronie. Tym razem to ja rozdaję karty, nie pozwolę więcej, by ktoś miał większy wpływ ode mnie. Pewnego razu, jeszcze przed tym wszystkim, Vincent wytłumaczył mi, jak można zlokalizować półcienie i kontrahentów. W ten sam sposób zawsze mnie odnajdywał. Zarówno on jak i maks. Ale do tego trzeba mieć talent, trzeba mieć dryg i bardzo wyczulone zmysły. Nie mam talentu, ja tylko oszukuje los, bo bardzo chcę wygrać tą bitwę. Przegrana przecież nie wchodzi w rachubę.
Wesoło zagaduję Amy, odciągam jej myśli od rzeczywistości, jeszcze nie może wiedzieć, że ktoś wyruszył w nasze ślady, że niedługo całkowicie wpadnie na nasz trop i podąży za nami. Potrzebuję najpierw przyszykować scenę. Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę. Nie mogą się jeszcze zorientować, że wszystko od początku było pułapką. Wpadli jak śliwka w kompot, w sieć zwaną chaosem.
Jesteśmy coraz bliżej celu, zmierzamy drogą bez powrotu. Nie ma już ucieczki. Ani dla mnie ani dla nich. Nawet jeśli powinie mi się noga, nie pozwolę im się już wymknąć. Nie tym razem. Jestem absolutnie gotowa, by walczyć do samego końca. Wreszcie mam o co walczyć. Uśmiecham się pod nosem, lekko, rozkosznie na wspomnienie silnych rąk wokół mojej talii. Jednak uśmiech ten szybko przeradza się w drapieżny półuśmiech. Maskuję go, udając że ziewam. Zdradziłby moje intencje, ale nie potrafię temu zapobiec. Tej nocy to ja będę polować.
-Co tak zamilkłaś? - pyta Amy. - Oh... Zmęczona? Znowu ziewasz.
-Odrobinę... Ale nie chce mi się jeszcze wracać do domu. Tak dawno nie gadałyśmy.
-To prawda. Trochę się stęskniłam.
-Oh. Jesteś kochana - mruczę.
-Przecież jesteśmy przyjaciółkami - stwierdza Amy, a ja omal nie wybucham śmiechem.
Mdli mnie, gdy słyszę z jej ust słowo "przyjaciółki". Doprawdy cóż za ironia, o ile nie kpina. Dławię się powietrzem, byle tylko nic nie odpowiedzieć. Zaciskam dłonie w pięści i niemal zgrzytając ze złości zębami, uśmiecham się tak słodko jak tylko potrafię. Jeszcze chwila. Jeszcze tylko chwila i wyłożę karty na stół. Już niedługo... Chociaż gra się nie skończy, dopóki noc trwa.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Szept 23 ~ Chaos poza kontrolą.

 Bo właściwie ja nie przewidywałam tej "ciemności" w poprzednim, serialnie, wyszło samo, zwłaszcza w tym, bo pierwszą połowę pisałam w nocy z piwem. No i wreszcie mam czas. Wcinam kurczaka z sandłicza >.< bo nie mam w czym go upiec no i piszę i publikuję. Macie. Łapcie. To chyba mój największy poślizg, bo już tydzień jakoś.

***

Otwieram oczy, a przynajmniej tak mi się wydaje. Orientuje się, że nie jestem w domu. Nie wiem, gdzie jestem. Wygląda to tak, jakbym lunatykowała, ponieważ stoję gdzieś na ulicy w środku nocy. Nie mam zielonego pojęcia, co się ze mną działo. Kręci mi się w głowie, więc siadam na pobliskiej ławce i zastanawiam się, co dalej. Rozglądam się dokoła i okolica wydaje się znajoma. Nie bardzo, ale podejrzewam, że wciąż jestem w tym samym mieście, co trzeba. Nie mam pojęcia ile czasu minęło, ani co się stało. Na tę myśl czuję niepokój.
Próbuję sobie przypomnieć, co się stało. Ostatnie, co pamiętam to... Po świętach spotkałam się z Victorią w kawiarni. A właśnie, był też Vincent. Poszliśmy do mnie... No właśnie! Vincent! Byłam z nim, rozmawialiśmy, a co potem? Zaczęły strzelać żarówki, a potem nie mam już pojęcia, co się stało. Na samą myśl zaczynam drżeć, jestem taka zdezorientowana.
Muszę wrócić do domu i odpocząć, na pewno wszystko się wyjaśni. Siedzenie tu nic nie da. Wiem to, a jednak nie mam siły. Jestem głodna, zmęczona i bolą mnie nogi. Jak długo błądziłam? Zmuszam się, by wstać i robię kilka kroków. Z każdą chwilą boję się coraz bardziej. Co się wydarzyło? Co się wydarzyło?
Maszeruję przed siebie, kierując się przeczuciem i już po jakimś czasie udaje mi się dotrzeć do ulicy, którą znam. Na litość boską, jestem jakąś godzinę drogi od domu! Próbuję wykrzesać z siebie resztki sił i czym prędzej dotrzeć do domu. W drodze, sprawdzam kieszenie, nie mam przy sobie żadnych pieniędzy ani dokumentów i tak dobrze, że jakimś cudem mam na sobie płaszcz, ale odpięty, bo brakuje 2 guzików. Wreszcie znajduje przy sobie telefon, ale nie udaje mi się go uruchomić. Podejrzewam, że padła bateria, chociaż jestem pewna, że była naładowana.
Udaje mi się dotrzeć pod blokiem. Z trudem wspinam się oo schodach, drzwi do domu są zamknięte, a ja nie mam kluczy. Zamieram na chwilę, przerażona, co dalej. Stoję na schodach, na szczęście w porę zorientowałam się i użyłam iluzji, więc nie muszę się obawiać sąsiadów. Siadam na schodach i mam ochotę płakać. Zupełnie nie wiem, co dalej. Wtedy w oczy rzuca mi się małe zgrubienie pod wycieraczką. Zaglądam tam i... Eureka! Znajduje swoje klucze, ale jakim cudem - nie wiem. Nigdy wcześniej nie chowałam tam kluczy.
Wchodzę do domu i próbuję zapalić światło, ale to na nic. W świetle wschodzącego słońca mogę dostrzec kawałki szkła ze strzaskanych żarówek. Poza tym nie ma żadnych śladów, które sugerowałyby, co się zdarzyło. Nie potrafię stwierdzić, czy to sprawka Umbry, czy zjawił się ktoś jeszcze, po prostu urwał mi się film.
Drepczę do kanapy i siadam na niej z radością. Odnajduję ładowarkę i podłączam telefon. Gdy wreszcie udaje mi się go uruchomić, przeżywam kolejny szok. Jest niedziela... Z tym, że tydzień później. Nie ma mowy o pomyłce, bo wiem, którego widziałam się z Victorią.
Czuje jak serce podchodzi mi do gardła. Mam kilka połączeń od mamy, ale na szczęście z wczorajszego dnia zaledwie, więc mogę wcisnąć jej kit, że byłam na imprezie i padła mi bateria, ale mam też kilkadziesiąt połączeń od Victorii i ze trzy od Amy. Natomiast jak zwykle żadnego znaku życia od Vincenta. I chociaż czuję, że powinnam czym prędzej oddzwonić do Victorii najpierw wybieram numer do mamy, żeby chociaż tą sprawę mieć z głowy. Biorę głęboki wdech  i naciskam zielony klawisz na telefonie.
-Lucy - odzywa się mama.
-No... Hej...
-Dzwoniłam do ciebie wczoraj.
-Wiem. Padła mi bateria.
-Wszystko w porządku? - pyta podejrzliwie.
-Jasne. Byłam wczoraj w barze z dziewczynami i nawet nie zauważyłam kiedy padł mi telefon.
-To dobrze...
-Coś się stało, że pytasz?
-Nie. Nic się nie stało. Po prostu miałam jakieś złe przeczucie i wolałam upewnić się, że nic ci nie jest.
-Wszystko gra.
-W takim razie w porządku. Dopiero wróciłaś?
-No... Ale wiesz, po wypadzie jeszcze siedziałyśmy u Amy w mieszkaniu, ale nie opłacało mi się iść spać tam i wróciłam do domu.
-No to już jak wolisz.
-To trzymaj się, mamo. Idę spać. Pa.
-Śpij dobrze.
-Nom. A Ty masz nockę?
-Tak.
-To też niedługo kończysz.
-Na szczęście.
-Ok, to wracaj do pracy. Pa.
Zaraz potem z sercem w gardle dzwonię do Victorii, pomimo wczesnej pory. Do licha od kilka dni próbowała się do mnie dodzwonić, bez skutku. Może ona coś wie. 
-Lucy? Lucy to ty? - odzywa się Victoria, wyraźnie ożywiona.
-Tak, to ja.
-Jesteś cała? Wszystko w porządku? Gdzie jesteś?
-Nic mi nie jest, chyba. Jestem teraz w domu.
-Co się wtedy wydarzyło?
-Nie wiem - mruczę, zrozpaczona. - Nie mam pojęcia. Co z Vincentem?
-Chyba nic mu nie jest.
-Chyba?
-Zadzwonił do mnie w poniedziałek rano, że nie będzie go przez jakiś czas i że mam się nie martwić, potem się rozłączył i od tego czasu nie mam z nim kontaktu.
-Jezu...
-Lucy, mam do ciebie przyjść?
-Nie... Nie wiem.
-Zaczekaj tam, tylko się zbiorę i idę.
-Nie wiem, czy to dobry pomysł. Vincent nic więcej nie mówił?
-Nie.
-Mimo to sądzę, że powinnaś trzymać się z dala od tego. Cokolwiek się stało.
-No dobrze, ale co się stało.
-Rozmawialiśmy... Potem trzasnęły żarówki, a mi urwał się film. Nie wiem, czy to sprawka Umbry, czy kogoś innego. Zupełnie nic nie wiem. Gdy się ocknęłam byłam na drugim końcu miasta w środku nocy. Czuje się jakbym miała zaraz zemdleć, ale na szczęście jestem już w domu.
-Błądziłaś przez te wszystkie dni?
-Nie wiem, nie wiem, nie wiem! Nic nie wiem!
-Na razie zjedz coś i odpocznij, jeśli tylko będziesz chciała to przyjdę.
-Nie... Dopóki nie dowiem się, o co chodzi lepiej żebyś trzymała się z dala. Prawdopodobnie dlatego Vincent zniknął. Jak zawsze tylko on coś wie. Cholera.
-Spokojnie...
-Jak mam być spokojna?! Ledwo... Ledwo... Cholera jasna!
-Wdech... Wydech... Lucy, zamartwianie się nic nie da.
-Nic nie rozumiesz...
-Masz rację. Jak zawsze mogę się tylko przyglądać.
-Nie o to mi chodziło. A właśnie...
-Tak?
-Victoria, czy kogoś zabrakło? Na przykład... Max chodził na zajęcia, gdy mnie nie było?
-Przyszło ci coś do głowy?
-Nie wiem... Myślę... Był?
-Hm... Chyba tak... Właściwie nie wiem. Nie! Czekaj! Był.
-Aha...
-Ale chyba złamał rękę przez ten lód pod śniegiem. Podobno złamanie otwarte.
-Jesteś pewna, że przez lód? - pytam.
-Co masz na myśli?
-Nie wiem. Ale gdy rozmawiałam z Vincentem, zaczęliśmy temat Maxa... Potem zaczęły trzaskać żarówki, a później urwał mi się film. Wiem, że to sprawka Umbry, ale nie zrobiłaby nic takiego bez powodu, pomyślałam, że to miało coś wspólnego z Maxem.
-Chyba nie chcesz powiedzieć, że był tam?
-Mam dziwne przeczucie, że sprawa jest dość poważna, a za tym złamaniem kryje się coś więcej.
-Jezu...
-Jest coś jeszcze. Miałam też połączenia od Amy, wiesz coś? Podejrzewa coś?
-Amy?
-Nie wiem, nie było, znaczy była ale dopiero we wtorek, twierdziła, że miała jakiś zjazd rodzinny. Wiem, bo wypytywała o ciebie i Vincenta...
-Rozumiem. Dzięki.
-Ej, Lucy, co zamierzasz?
-Podzwonić i dowiedzieć się czegoś. Muszę odzyskać kontrolę nad sytuacją.
-Jak?
-Mam pewien pomysł. Jest parę osób, które mogą mi pomóc. A teraz pa.
-Będziesz na wykładach w poniedziałek?
-Może, ale nawet jeśli, trzymaj się z daleka.
-Nie ma mowy.
-Victoria!
-Nie...
-Cześć - mruczę i rozłączam się.
Zaraz dzwonię jeszcze do
Amy, nie odbiera raz, drugi... Dopiero przy którejś próbie, odbiera.
-Halo? - mamrocze wyraźnie zaspanym głosem.
-Sory, że o tej porze...
-Lucy? Jezu, co się z tobą działo? Rozchorowałaś się?
-Tak. Rozłożyło mnie totalnie i musiałam zostać w domu.
-Tak myślałam, ale czemu nie odbierałaś?
-Miałam problemy z telefonem...
-I teraz już nie masz? Wiesz która godzina?
-Sory, nie mogłam spać. Swoją drogą co chciałaś?
-Martwiłam się o ciebie.
-Nie potrzebnie.
-Jak to nie potrzebnie - burzy się. - Przecież...
-Przecież?
-Nie było cię, nie można było się dodzwonić i Victoria też nic nie wiedziała. Vincenta też nie ma.
-Rozłożyło i jego, nie wiesz?
-Co? A tak... No przecież...
-No dobra, to w sumie wszystko co chciałam. Trzymaj się.
-Lucy. Hej... - nie daje jej dokończyć.
Teraz zamierzam coś zjeść, bo poważnie kręci mi się w głowie, ale nie mogę jeszcze spać. Gdy będzie koło 9, chcę zadzwonić jeszcze do Kate, ale teraz jest za wcześnie. Zaś jeśli pójdę spać, mam wrażenie, że nie obudzę się przez kolejny tydzień. Jestem wykończona. Jak nigdy w życiu.
Wreszcie nastaje jakaś normalna pora i zaraz dzwonię do Kate.
-Halo? - mruczy, a w głosie wyczuwam smutek.
-Hej. Coś się stało? - pytam. - Masz jakiś mizerny głosik.
-Martwię się o Maxa, nie odzywał się do mnie przez 3 dni, teraz jeszcze okazało się, że zrobił sobie krzywdę.
-Okazało się? To znaczy, że nie był z tobą?
-No coś ty. Ja bym mu nie pozwoliła robić nic tak ryzykownego!
-A co zrobił?
-Jak jakiś gówniarz, bawił się na lodzie.
-U nas?
-Nie. Tam, gdzie studiujecie.
-Ah, więc był tutaj.
-Tak.
-Ojeny, chciał się chłopak pobawić.
Ta jasne! Wiedziałam, że Max musiał być w pobliżu. Miał coś wspólnego z wybuchem Umbry i zniknięciem Vincenta. Z tym, że wciąż nie mam pojęcia co się stało. Niech to.
-Pobawić - warczy Kate.
-A wgl. co ty o nim wiesz?
-Co masz na myśli.
-Martwię się o ciebie. Nagle ni z tego ni z owego jesteś z jakimś chłopakiem. Więc zastanawiam się na ile go poznałaś.
-Jego sytuacja jest dość skomplikowana.
-Nie rozumiem?
-Wiesz, jakieś 4 lata temu jego matka wpadła w depresję, gdy jego ojciec zniknął. Podobno niezłe było z niego ziółko, słyszałam nawet plotki, że zaczepiał młode dziewczyny wieczorami. I pewnej nocy ślad po nim zaginął. Podejrzane nie?
-I co się z nim stało?
-Nie wiem! Podejrzewam, że ich po prostu zostawił. A co się miało stać?
-Może porwały go cienie? - mówię pół żartem, pół serio.
-Ta jasne. Jeszcze czego! Widziałaś ty jakieś cienie u nas w miasteczku?
-Nieee....
-No właśnie.

sobota, 18 lipca 2015

Szept 22 ~ Słodka tajemnica.

 Błędy w poprzednim rozdziale i w tym poprawie na dniach jak bd miała chwilę wolną. No i wiem, trochę krótko, ale na razie szału nie będzie. Dziś znowu bez korekty, przepraszam zwyczajnie mi się nie chce, właściwie nic mi się już nie chce i nawet z tym życiem... Eh... Także no... Poprawki będą jak się psychicznie pozbieram. A na razie enjoycie.
edit: 21 lipca.
Ok, znalazłam trochę czasu strzeliłam już korektę w 21 rozdziale i tu też ;) 

***

-Chyba nie przyszło ci do głowy, że ja nim jestem, co?
-Oczywiście, że nie.
-Hooo... Czyli już się domyślasz. - Victoria wygląda na zadowoloną.
-Wtedy myślałam, że koniec ze mną. A gdy się obudziłam, byłam w domu. Ale zadrapanie... To nie był sen. Ty się wtedy zjawiłeś, prawda? Od początku wiedziałeś kim ja jestem i kim jest Czarny pies. To dlatego zjawiłeś się też wtedy w knajpie i... Ale byłam głupia!
-To nie pierwszy raz...
-Jak mogłam się nie zorientować. O wszystkim wiedziałeś, gnojku. Ale nic nie powiedziałeś. Bawiło cię to, że nie mam o niczym pojęcia? Potem gadaliśmy, próbowałeś mnie nakłonić, żebym oficjalnie powiedziała ci kim jestem i co się stało, ale ty wiedziałeś.
-Lucy, uspokój... To nie tak.
-Nie tak? Nie tak? To jak, do cholery?
-Proszę, oto państwa zamówienie - oznajmia kelnerka, dzięki czemu opamiętuję się trochę. Biorę głęboki oddech, kiedy kobieta podaje talerzyki i filiżanki. - Życzę smacznego.
-Dziękuje.
-Tak. Dziękujemy.
-Nie robiłem tego dla zabawy...
-Więc?
-Szlag mnie trafia, jak was słucham - denerwuje się Victoria. - Vincent próbował cię chronić.
-Dlaczego?
-Bo już dawno byłoby po tobie.
-To przecież nie twoje zmartwienie.
-Bo... Masz rację. To nie moje zmartwienie - mruczy Vincent. - Zjem i spadam stąd. Radź sobie sama...
-Vincent, przestań - Victoria próbuje ratować sytuację. - Dlaczego po prostu jej nie powiesz? Też wszystko komplikujesz.
-Przecież to nie moja sprawa.
-Jeśli ty jej nie powiesz, ja to zrobię.
-Nie waż się.
-Vincent, czego jeszcze nie wiem - pytam, czując dziwny ucisk w brzuchu.
-Tak ciężko to zrozumieć? Vince cieszył się jak dziecko, gdy do niego napisałaś i naprawdę całe wolne dni chodził z telefonem czekając na wiadomość. Nie wiem czemu nie odpisał, znając życie nie wiedział co albo miał jakiś inny dylemat...
-Nie tutaj... - syczy Vincent zasłaniając Victorii usta dłonią.
-Co?
-Potem ci powiem, ale nie jak jesteśmy tutaj.
-Znowu będziesz się wymigiwał. Nie wierzę ci...
Zapada cisza. Żadne z nas się nie odzywa, bo żadne z nas nie wie, co powiedzieć.
Po wyjściu z kawiarni Victoria uznaje, że wraca do siebie, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać. Co prawda obawiam się tego, bo tylko dzięki niej nie rzuciliśmy się sobie jeszcze do gardeł. Ile to już razy łagodziła kłótnie? Ale zostajemy sami na ulicy i nadal panuje cisza.
-No? - pytam wreszcie.
-Nie tutaj.
-To gdzie? - mruczę poirytowana.
-Chodźmy do mnie... Albo nie... Cholera.
-Do ciebie jest zbyt daleko. Skoro nie możesz mi powiedzieć tutaj, chodźmy do mnie. Jest bliżej.
-Do ciebie?
-Co się dziwisz. Już tam byłeś. Nawet w mieszkaniu - zauważam. - Tamtej nocy.
-Ciężka byłaś - kpi Vincent.
-Dupek.
-Przed świętami byłaś milsza... I dość asertywna.
-Przed świętami jeszcze nie wiedziałam, że jesteś dupkiem.
Jestem wściekła, bardzo, ale jakoś udaje mi się nie zostawić Vincenta samego na ulicy i docieramy pod mój blok. Prowadzę go do swojego mieszkania i wpuszczam do środka.
-Ale syf - śmieje się Vincent, gdy ściągamy płaszcze.
-Wcale nie. Zresztą nie spodziewałam się, że kogoś tu przyprowadzę.
-Czyli jestem jedyny?
-Chciałbyś.
-Nie zaproponujesz mi herbaty albo czegoś?
-Miałeś mi powiedzieć... Nie wymigasz się.
-Masz rację. Chrzanić herbatę - mówi Vincent, przyszpilając mnie do ściany. Jestem zbyt zaskoczona, żeby zareagować, więc patrzę na niego, z szybko bijącym sercem. - Czujesz coś do mnie?
-C... Co?
-Pytam, czy coś do mnie czujesz?
-Nie rozumiem.
-Rozumiesz. Doskonale rozumiesz - mruczy Vincent, pochylając się nade mną, a ja nie mam dokąd uciec. - Powiedz to.
-Oszalałeś?
-Mów prawdę albo niczego się nie dowiesz.
-Oczywiście... Że nie... Chciałbyś - mruczę, udając wkurzoną. Vincent uśmiecha się się pod nosem, a jego twarz jest coraz bliżej. - Przestań - protestuję, chociaż wiem, że to nic nie da.
Zamykam oczy i słyszę... śmiech. Tak samo jak za pierwszym razem. Mam jakieś cholerne deja vu. Mam ochotę wyzwać go od najgorszych. Już otwieram usta, żeby to zrobić, wtedy Vincent mnie całuje i już wiem, że nie dam rady się z nim kłócić. Wszystkie myśli powoli ulatują z mojej głowy, tak samo jak cała energia. Vincent obejmuje mnie w talii i całuje jeszcze raz.
-Jak brzmi odpowiedź na moje pytanie? - pyta ponownie po chwili, ale ja odwracam głowę. Nie powiem tego. Co to, to nie. I kiedy już wydaje mi się, że mnie puści, on obejmuje mnie mocniej i tym razem całuje po szyi. Mimowolnie przygryzam wargę, a on znów się śmieje. - Więc? - szepcze - Mam kontynuować? - Ale nie czeka na odpowiedź tylko znów mnie całuje, a ja nie mam już siły się przed tym bronić. Rozpaczliwie chwytam się jego bluzy. - Dobra dziewczynka... - mruczy, a ja czuję się nagle strasznie zawstydzona. - Nie kłóć się ze mną więcej - mówi mi do ucha pomiędzy kolejnymi pocałunkami - Musisz mi jedynie zaufać. Nie musisz nic wiedzieć. Przy mnie jesteś bezpieczna.
-Nie! - protestuję w końcu i odpycham od siebie Vincenta. Patrzy na mnie z wyraźną dezorientacją. - Wiedziałam, że będziesz chciał się wymigać. Miałeś mi powiedzieć prawdę. Vincent proszę...
-Ale jest uparta...
-Vincent!
-Dobrze, ale rób co mówię.
-Czyli?
-Odwróć się - pada w odpowiedzi. - Odwróć się do mnie plecami - rozkazuje, a ja posłusznie wykonuję polecenie. Znowu czuje jak oplata ręce wokół mojej talii, przytulając mnie mocno i szepcze mi do ucha, ale nie mogę zobaczyć jego twarzy. - Pewnej nocy - zaczyna, kołysząc się lekko na boki, wciąż trzymając mnie w ramionach. - Zaraz na początku października, w nocy, widziałem cię... Wiesz kim jestem. Wiesz jak rodzą się półcienie - stwierdza, a ja przytakuję cicho. - Nienawidziłem nocy... Nienawidziłem swojej biologicznej matki za to, co mi zrobiła. Nienawidziłem siebie i kontrahentów. Uważałem, że to głupcy, którzy chcieli się zabawić. Większość z nich nie ma pojęcia, co ich czeka... Pragną mocy... potęgi, a dostają jedynie cierpienie. Ale wtedy zobaczyłem ciebie. Byłaś sama w środku nocy, nie zauważyłaś mnie. Wirowałaś w ciemnościach, nucąc jakąś melodię. Wyglądałaś na szczęśliwą, uśmiechałaś się... Byłem ciekaw kim jesteś. Wszyscy kontrahenci, których dotąd spotkałem, chcieli walczyć, popisać się zdobytą siłą lub się jej pozbyć. Ale ty byłaś zupełnie sama w tych ciemnościach - mówi - Pomyślałem wtedy, że może noc nie jest taka zła. Każdej nocy kręciłem się po okolicy, żeby znów cię zobaczyć, ale nie miałem odwagi się odezwać. Potem przyszłaś z Amy. Nie mogłem uwierzyć, że ta piękna dziewczyna to ty. Nie uśmiechałaś się ani tak dużo, ani w ten sam sposób. Byłaś wyraźnie zmęczona i niezadowolona z faktu, że ktoś z tobą rozmawia. Nie mogłem się nadziwić różnicy. I byłem pewny, że się nie dogadamy. Byłem rozczarowany, że za dnia jesteś zupełnie inna. Ale i tak kolejne noce wychodziłem, żeby zobaczyć... Chciałem się upewnić, że to naprawdę ty. I wtedy zobaczyłem obok ciebie czarnego psa. Miałaś rację, byłem tam ale wtedy jeszcze nie wiedziałem kim jest. Wiedziałem z którego bloku wychodzisz, widziałem też twoją iluzję, więc zgadywałem, które drzwi są do twojego mieszkania. Po prostu nie potrafiłem cię tam zostawić. Potem spotkałem cię w nocy. Gdyby cię tam nie było, poradziłbym sobie z tymi dwoma, ale nie chciałem się ujawnić. Miałem nadzieję, że sobie pójdziesz, właściwie byłem pewny, że uciekniesz. Postanowiłaś mi pomóc i... - Vincent urywa na chwilę i znów całuje mnie w szyje. - I wiedziałem już, że nie potrafię o tobie zapomnieć. Ale nie chciałem się do tego przyznać. To było na swój sposób ciekawe, jak różnie zachowywałaś się w nocy, a jak w dzień. Chciałem zobaczyć, jaka jeszcze możesz być, dlatego droczyłem się z tobą.
-I jaka mogę być? - pytam cicho.
-Słuchaj, nie przerywaj - mruczy Vincent i zasłania mi usta dłonią. Oczywiście delikatnie. - Śmiałaś się, wściekałaś, czasami byłaś miła, czasami próbowałaś mi docinać... A ja nie potrafiłem przestać. Pamiętasz... Wtedy na placu zabaw? - Pokiwałam głową na znak, że pamiętam. - Chciałem cię wtedy po prostu pocałować, zawstydzić trochę... Ale to mi zabrakło odwagi, a ty nazwałaś mnie dupkiem... Ale to dało mi odwagę. Byłaś taka... słodka, że ledwo mogłem nad sobą zapanować. I wiedziałem, że nie ma już odwrotu. Nie chciałem, żebyś się martwiła, chciałem cię ochronić, więc siedziałem cicho, próbując wszystko załatwić. A ty ciągle mi to utrudniałaś. Od samego początku.
-Vincent - mówię, gdy wreszcie zabiera dłoń.
Próbuję się odwrócić w jego stronę, by na niego spojrzeć.
-Nie odwracaj się - mruczy, przytulając mnie mocniej.
-Jak mam się nie odwracać po tym wszystkim, co powiedziałeś?
Jestem tak szczęśliwa, że nie potrafię tego nawet nazwać. Ale chyba jestem nieźle pizgnięta skoro nie mogę się tym po prostu cieszyć i rozkoszować. Mój dobry humor momentalnie psuje myśl o Maxie i Czarnym psie.
-Zamilkłaś...
-Czarny pies - mruczę pod nosem. Nie umiem odpuścić, chociaż wiem, że powinnam. Vincent mnie chroni, a jednak ja muszę wiedzieć, nie mogę się poddać. - Muszę wiedzieć...
-Nie.
-Dlaczego?
-Ile razy mam ci to tłumaczyć. Jesteś bezpieczna tak długo jak nie wiesz.
-I tak nie jestem bezpieczna. Jest jeszcze Max. A ja nie chcę być bezpieczna. Mam na to gdzieś...Chce znać prawdę.
-Lucy! - grzmi Vincent i przez chwilę jestem zaskoczona.
-No co?! - krzyczę. - Chcę wiedzieć!
Trzaska żarówka i zapada zmrok. Ale w tym mroku coś się czai. Nie. To za dużo powiedziane. Raczej... Ten ciemny pokój jest czymś wypełniony. Mój cień rozrasta się, otaczając nas szczelną, czarną zasłoną. Nie panuję już nad sobą. Jestem wściekła, tak bardzo wściekła, że nieważne, co robię wciąż nie mogę się dowiedzieć tego, czego chcę, więc mrok zaczyna szaleć. Chaos wydostaje się na zewnątrz. Wymyka się spod kontroli.
-Uspokój się!
Głos Vincenta słyszę jak zza grubej szyby, ledwo do mnie dociera. Tracę nad sobą panowanie. Wszystko ucicha, a ja pogrążam się w ciemności swojego chaosu. Oddaje mu się cała, niczym wierna wyznawczyni. Byłam nią od zawsze. Nic nie widzę, nic nie słyszę i nic nie czuję. Zanikam.

niedziela, 12 lipca 2015

Szept 21 ~ Niespodziewane spotkanie.

To zaczyna być ciekawe zjawisko. Za każdym razem, gdy jestem ciut spóźniona z rozdziałem i daję informację, że nie wiem, kiedy będzie rozdział, bo nie mam weny, jakimś cudem wpadam na genialny pomysł jak pociągnąć akcję. Tak, więc zapraszam do czytania. Enjoycie!

 ***

Jestem umówiona z Kate koło naszego starego liceum, bo jest jakoś w połowie odległości między naszymi domami. Ot, dość sprawiedliwe. Ja mieszkam na obrzeżach miasta, a ona bliżej centrum, nigdy, więc nie rozumiałam, czemu poszła do tej szkoły, zamiast tej, która jest bliżej, zwłaszcza, że mieli lepszy poziom, a Kate zawsze dobrze się uczyła.
Pod szkolą mam być o 15, więc wychodzę tak pół godziny wcześniej, bo chcę pospacerować, odwiedzić stare śmieci i tamto miejsce. Zwłaszcza tamto miejsce. Stało się dla mnie niemal kultowym miejscem odrodzenia, bazą kreacji chaosu. Tak mówię, ale mój chaos ostatnio wymykał mi się spod kontroli. No, teraz powoli wracam do gry. Pobyt w domu pomógł mi zregenerować siły i nabrać dystansu do spraw.
Ubieram płaszcz, zarzucam torbę przez ramię i ruszam w drogę. Z uśmiechem na ustach maszeruję przez park, który przemierzałam niezliczoną ilość razy. Także w nocy. Tam też po raz pierwszy spotkałam Cień. Prawdziwy, najprawdziwszy. Z oddali wyglądał jak człowiek. One często przyjmują taką formę, ot, ludzkiej sylwetki, chociaż równie dobrze mogą udawać kłęby dymu albo jakieś zwierzę. Ale to cień, cienisty człowiek wzbudza swoim widokiem najwięcej strachu. Albowiem ze wszystkich negatywnych emocji to strach jest dla nich największym smakołykiem. Żywią się strachem. Nie robią krzywdy, a jednak ludzie boją się tego, co jest im obce.
Ja zaś po pierwszym spotkaniu zasięgnęłam informacji z sieci, poczytałam i zaintrygowały mnie te istoty. Nigdy bym nie pomyślała, że 2 lata później jedna z nich uratuje mi życie przed człowiekiem. I oto wchodzę pomiędzy budynki, idę tą samą ulicą, co wtedy, z tym, że od drugiej strony. Przystaję na chwilę, patrzę, gdzie siedziałam na ziemi z nożem przy gardle, tu wszystko się zaczęło. Uśmiecham się pod nosem, lecz gdy słyszę szmer, odwracam się w tamtą stronę. Przez chwilę wydaje mi się, że znów widzę tamtego mężczyznę, te same oczy, ale to niemożliwe. Mrugam oczami i nikogo już nie ma.
Powoli ruszam dalej, bo mam coraz mniej czasu do spotkania. Na Kate nie muszę czekać długo. Zjawia się punktualnie. Jak zawsze kolorowo ubrana, z rozczochranymi blond włosami, które co rusz maltretuje jakimiś farbami. Jak nie paski ala szop pracz to pasemka. Po prostu lubi wyróżniać się z tłumu. I mimo kurtki wyraźnie widać, że jest jeszcze chudsza, niż była. Przerażające.
Macha do mnie wesoło, więc odwzajemniam gest, ale nie daję się wciągnąć w uściski. Już się od dawna nie przyjaźnimy.
-A ty znowu cała na czarno - komentuje Kate.
-A ty znowu cała w tęczy - odparowuję.
-Ale... Hm... Coś się w tobie, no nie wiem, zmieniło.
-Yhy... Zmieniłam dilera - mruczę.
-Ale ci się żart wyostrzył. No, no.
-Cóż... Miałam ostatnio przeszkolenie.
-Chyba nie rozumiem.
-Nieważne.
-Ale ważne, ważne! Bo ty normalnie promieniejesz! No, nie aż tak mocno, ale jeszcze trochę i pomyślałabym, że się zakochałaś. - Wzruszam ramionami. - No właśnie. Znalazłaś sobie kogoś wreszcie?
-W sumie to nie jest twoja sprawa. Kto powiedział, że muszę kogoś mieć? - warczę rozeźlona.
-Czyli nadal nic. Ubieraj się dalej na czarno to na pewno kogoś znajdziesz.
Wzdycham ciężko i rozjuszona komentarzem Kate mówię:
-Jak już musisz wiedzieć, to znalazłam kogoś - nawet nie wiem, czy kłamię, czy nie.
-Naprawdę? Masz chłopaka?
-Tak.
-Masz zdjęcie.
-Nie, jesteśmy razem od niedawna - mruczę.
-To po świętach koniecznie musisz mi wysłać jego zdjęcie - gorączkuje się Kate.
-Tak, tak... Teraz lepiej mi powiedz, gdzie ten twój. Miałaś go przyprowadzić, nie?
-Miał coś do załatwienia, ale spotkamy się z nim na miejscu w naszej kawiarni.
-No dobra. Zobaczymy kogo wytrzasnęłaś.
-Jest od nas 2 lata starszy, ale jest stąd. Z tym, że do liceum chodził tego bliżej mnie.
-I nigdy wcześniej go nie spotkałaś?
-Tak jakoś wyszło widocznie.
-No nic. Zobaczymy.
-To opowiadaj, co robiłaś na studiach? Jak poznałaś tego... No jak mu właściwie na imię?
-Vincent.
-Jak się poznaliście?
-Koleżanka nas ze sobą poznała. Zresztą mamy razem połowę wykładów, a jego kuzynka jest na tym samym kierunku, co ja.
-Oh. Czyli to przeznaczenie. - Znowu wzruszam ramionami. - Czyli koleżanki jakieś też tam masz.
-Oczywiście. Powiedziałabym nawet przyjaciółki - dodaję, uśmiechając się złośliwie.
Dziwne, bo chociaż przestałam się przyjaźnić z Kate, zdarzało nam się jednak w szkole gadać i nie działała mi na nerwy tak, jak teraz. Bo w tej chwili wkurza mnie jakoś wyjątkowo i mam wrażenie, że ciągle próbuje mi dogryźć. Może ja już jestem przewrażliwiona...
-Nie wpakowałaś się w żadne kłopoty? - pyta. - W liceum zdarzało ci się mieć wrogów.
-Gorzej jak się ich nie ma - stwierdzam.
-To wpakowałaś się?
-Nie bardzo...
Kłamię. Znowu. W żywe oczy. Ale co mam powiedzieć? Że w sumie to wmykam się z domu każdej nocy i w sumie ktoś nieznanej tożsamości poluje na mnie i omal nie zginęłam? I w sumie to polują na mnie może nawet 2 osoby, jeśli nie więcej, a jedną z nich sama śledziłam? No... Już widzę, jak jej to mówię...
-Co to znaczy "nie bardzo"?
-Nie, nie wpakowałam się w żadne kłopoty. Teraz lepiej? - pytam rozeźlona. 
Wreszcie docieramy pod kawiarnie i przeżywam kolejny w swoim życiu szok. Przed wejściem stoi chłopak Kate. Wiem to, bo machają do siebie. Chociaż sądząc po minie, on jest równie zaskoczony, co ja. Przecież się do licha znamy. Ba... Znamy to mało powiedziane. Moje serce zaczyna bić szybciej i nie mogę opanować drżenia rąk.
-Lucy? Coś nie tak? - Kate szturcha mnie w ramię.
-Cześć.
-Cześć... - mruczę. - Kto by pomyślał... Świat jest naprawdę mały.
-Tak.
Patrzę i nie wierzę, bo przede mną stoi Max. Nieśmiało wita się z Kate, jakby zawstydzony moją obecnością. Do licha, jaka paranoja! 
-Jesteś stąd? - pytam, chociaż znam odpowiedź.
-Tak. Ty rozumiem, że też.
-Tak. Mieszkam tu właściwie od zawsze... Znaczy, wiesz nie tu dosłownie, tylko w tym mieście...
-Domyślam się - śmieje się Max i wtedy przypominam sobie, co mówił o nim Vincent. Stoję oko w oko z kontrahentem i nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że on poluje na mnie, a ja na niego. - Od dawna się przyjaźnicie?
-Znamy się z liceum, mówiłam ci - burzy się Kate.
-No tak.
-Co za zabawny zbieg okoliczności, naprawdę - śmieję się, by zatuszować swoje zakłopotanie. Naprawdę nie wiem, jak sprawy się potoczą. - David i pozostali będą zaskoczeni.
-Ta.
Ale rozmowa się nie klei, nie ważne jak się staramy. Na szczęście w porę wcina się Kate, zanim cisza staje się niezręczna:
-Może wejdziemy do środka? Trochę tu zimno.
-Dobry pomysł - odpowiadam. - Dawno tu nie byłam.
-Na co macie ochotę? - pyta Max. - Ja stawiam.
-Ale jesteś kochany - wyje Kate, uwieszając mu się na szyi.
-To miłe, ale sama za siebie zapłacę - mówię spokojnie.
-Dlaczego? Przyjaciółka Kate jest i moją przyjaciółką.
-No właśnie Lucy. Skoro Max chce zapłacić, czemu mu nie pozwolisz?
-To dobrze, że płacisz za Kate, ale nie ma potrzeby, żebyś płacił i za mnie.
-Daj spokój.
-Nie, nie zgadzam się.
Ja wiem, że taka odrobina przyzwoitości w porównaniu z tym, co zamierzam zrobić w niedalekiej przyszłości jest czystą hipokryzją i... Brakuje mi nawet słów, by to określić. Ale jakoś dziwnie się czuję na myśl, że mam się bawić na koszt kogoś, kogo Umbra zamierza... No właśnie. Muszę się skupić na pierwotnym celu i nie zapominać, że Max też na mnie polował. Gdybym tylko wiedziała dlaczego, ale przecież nie mogę go spytać.
-Jesteś strasznie stanowcza.
-Przepraszam, że wolę za siebie zapłacić - mówię rozeźlona.
-Sorry. Nie miałem nic złego na myśli.
-No właśnie, Lucy. Powinnaś się cieszyć, że Max próbuje być miły.
-Mam gdzieś coś takiego - warczę jeszcze bardziej wściekła.
Wkurza mnie, że Kate wcina się w rozmowę. Znaczy... Tak, wiem, że to jej chłopak i oboje starają się być w porządku. Ale do licha, czy ja mówię w jakimś obcym języku? Tak ciężko jest zrozumieć, że wolę sama za siebie zapłacić? Jeszcze, żeby Max był moim chłopakiem to bym nic nie powiedziała, ale dlaczego ma za mnie płacić chłopak przyjaciółki. Zwłaszcza, że sam też na mnie poluje. Teraz jednak, przy ludziach stara się być miły. Szkoda, że o tym do cholery nie pomyślał, kiedy jego przyjaciele w barze traktowali mnie i dziewczyny jak powietrze. Do diabła z czymś takim. 
-Wiesz co? Zmieniłaś się - stwierdza Kate i patrzy na mnie jakoś tak z żalem. - Kiedyś byłaś milsza...
-Nie byłam milsza, tylko głupia - odpowiadam. - Zawsze siedziałam cicho zamiast powiedzieć co myślę.
-Czasami może lepiej jednak nie mówić, co się myśli.
-Dlaczego? No? Dlaczego? Bo nagle nie zachowuję się tak, jak byś chciała?
-To nie prawda.
-Nie prawda?
-No już, dziewczyny. Starczy - wtrąca się Max. - Sorry, że tak naciskałem, chciałem być miły, ale rozumiem.
-W porządku.
-Nie, nie w porządku - protestuje Kate.
-Kate, skarbie...
-Dobra... Przepraszam.
-Eh... Nic się nie stało. Zapomnijmy o tym.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Kate zawsze taka była. Ja też nie lubię jak coś idzie nie po mojej myśli, ale nie wściekam się na kogoś tylko, dlatego, że ma inne zdanie. Całe popołudnie silę się na uśmiech, udając, że bardzo ciekawią mnie opowieści Kate. Nie poruszamy już z Maxem żadnych spraw, o których nie wie, bo wiem, że głównie o to miała pretensje. Nie podoba jej się fakt, że ja i Max się znamy. Poza tym ich związek... Teoretycznie nic nie komplikuje, ale... No właśnie, teoretycznie. Wiem, że muszę się mocno pilnować przy nich i z całą akcją zaczekać aż sprawa trochę ucichnie. No i nie muszę się martwić, że Max pójdzie za mną, bo Kate nie odpuści mu tego, by ją odprowadził, a mieszka przecież w przeciwną stronę. Ale za jakiś czas zamierzam zadzwonić do niej i delikatnie wypytać ją o parę rzeczy.
Wreszcie wracam do mieszkania, zostawiam tam walizkę i idę na umówione wcześniej spotkanie z Victorią. Obiecałam jej opowiedzieć o Czarnym psie i spotkaniu z Maxem. Idę raźnym krokiem w stronę kawiarni, w której się ugadałyśmy. Dni są wciąż bardzo mroźne, więc bez sensu byłoby czekać gdzieś na zewnątrz. Toteż ta, która przyjdzie pierwsza zajmuje jakiś stolik i czeka. Oczywiście mam mały poślizg w czasie, bo musiałam się cofnąć po portfel.
Wchodzę do środka kawiarni i wypatruję Victorię. Macha do mnie, uśmiechając się, więc odwzajemniam gest i kieruję się w jej stronę. Zdejmuję płaszcz i wieszam na krześle, mówiąc:
-Hej, przepraszam za spóźnienie, musiałam się wrócić po portfel. Normalnie głowy bym dziś zapomniała.
-Hej. Nic się nie stało. Tu jest cieplutko, więc można siedzieć.
-Długo czekałaś?
-Nie właśnie przy... Nie. Dosłownie parę minut.
-Mhm... No i jak tam?
-Nie, nie. Ty opowiadasz pierwsza. Chyba nie zapomniałaś o obietnicy.
-Wiem, miałam ci powiedzieć o Czarnym psie - szepczę. - Ale najpierw o Maxie... Bo mówiłam ci przecież, że jesteśmy z tej samej miejscowości. I widzisz, w życiu bym się o tym nie dowiedziała, gdybym nie poszła na to spotkanie z Kate.
-A dlaczego JA o tym nie wiem? - słyszę za sobą znajomy głos i ktoś siada obok mnie.
-Vincent? Co ty tu robisz? - pytam, spoglądając to na niego, to na Victorię.
-Przepraszam... Nie wiedziałam jak ci powiedzieć, że Vincent przyszedł ze mną - powiedziała cicho, ale nie wyglądała na specjalnie przejętą tym faktem. - Strasznie nalegał, że też pójdzie, gdy usłyszał, że mamy się tu spotkać.
-Wcale nie nalegałem - warczy Vincent. - Nie wmawiaj jej głupot, Vicki.
-Nie słuchaj go Lucy. Żadna siła nie powstrzymałaby go od przyjścia tu.
-Ważniejsze jest... Dlaczego ja nic nie wiem o tym, że spotkałaś ostatnio Maxa.
-Wiedziałbyś... Ale nie tylko nie odebrałeś telefonu, gdy zdzwoniłam, nie odpisałeś mi nawet na SMSa, więc naprawdę nie wiem, z jakiej racji miałabym cię o tym informować.
-Masz mi mówić, jak coś takiego się dzieje.
-Z jakiej racji? Nie odzywałeś się przez całą przerwę świąteczną. Całkowicie mnie zignorowałeś. Teraz się wypchaj.
-Co?
-Daj spokój, Lucy - wtrąca się Victoria i puszcza do mnie oczko. - Vincent cały czas chodził z telefonem w ręce, czekając, żebyś znów napisała. Tylko nie miał odwagi napisać.
-Victoria, chyba nie myślisz, że w to uwierzę? Nawet jeśli Vincent jest idiotą, nie sądzę, żeby bał się odpisać na wiadomość "co u ciebie" - burze się. - Chyba, że byłby skończonych kretynem... A, nie, czekaj...
-W sumie jest...
-Victoria, nie opowiadaj jej głupot.
-Chciałabym, żeby to było kłamstwo... - jęczy Victoria. - Ale może do rzeczy... Co z tym Maxem?
-Nie. Nie powiem nic, dopóki Vincent tu jest.
-Wiesz, że i tak mu to powtórzę, nie?
-No to żadne z was się nie dowie.
-Dzień dobry, czy coś podać? - pyta nieśmiało kelnerka, przerywając naszą kłótnię.
-Ah... Poproszę zieloną herbatę i sernik - mówię po chwili namysłu.
-Dla mnie to samo.
-Dla mnie expresso i szarlotka.
-Dobrze. Proszę chwilę poczekać.
-Dlaczego spotkałaś się z Maxem - pyta Vincent, gdy tylko kelnerka odchodzi.
-Myślisz, że chciałam go tam spotkać?
-A tak?
-A w sumie, co cię to.
-Boże... Dajcie już spokój. Lucy, bądź mądrzejsza.
-Dobra. Poszłam się spotkać z byłą przyjaciółką, Kate. Chciała pogadać i przedstawić mi swojego chłopaka. Okazało się, że to Max. I tyle.
-Coś się wydarzyło?
-Nie, poza tym, że straszliwie się wynudziłam.
-Ale to znaczy, że on jest z tego samego miasta, tak?
-Tak. Na dniach chcę zadzwonić do Kate i trochę ją podpytać, może dowiem się, dlaczego on ma mnie polował.
-Polował? - pyta z przerażeniem Victoria.
-No tak, o tym nie wiedziałaś. Wychodzi na to, że ja i Max polujemy na siebie nawzajem. To znaczy Umbra na niego poluje, a on na mnie - wyjaśniam półszeptem. - Umbra czyli...
-Cień - dokańcza cicho Victoria. - Ale czy to nie znaczy, że sprawa się jakoś łączy? Może Umbra znała Maxa, a on wie, że zawarłyście kontrakt.
-Nie wiem... Może. Znaczy, na pewno się znają. I może masz rację, że on wie... Tylko skąd...
-To bez znaczenia - mruczy Vincent. - Trzeba to zakończyć jak najszybciej.
-Vincent. Nie powinieneś tak mówić.
-Ale on ma rację - odpowiadam. - Victoria jeśli to dla ciebie za dużo to...
-Tu nie o to chodzi. Nie boję się ani nic z tych rzeczy, ale o tym nie powinno się mówić tak lekko.
-Żeby nie ja, Lucy już dawno by nie żyła.
-Słucham? To, że mnie zaciągnąłeś do kawiarni, kiedy próbowałam go śledzić nazywasz ratunkiem?
-Nie, Vince mówił o...
-Nie mów - warczy Vincent, marszcząc brwi.
-Czego ma nie mówić? Co ukrywacie... Victoria?
-Nie mów jej.
-Sam niepotrzebnie palnąłeś.
-O czym? Ej.  O czym wy mówicie?
-Nieważne.
-Czekaj... Nie... O Boże... Czarny pies...
-Co z nim?
-To wtedy... To byłeś ty?

sobota, 4 lipca 2015

Szept 20 ~ Miłość - siostra wątpliwości.

1. Hm, sama zaczynam być ciekawa jak się sprawy dalej potoczą >.< trochę to śmieszne. Ale naprawdę nie chciałam znowu pisać czegoś, co będzie tasiemcem, a potem jeszcze trylogią. A jednak coś się napisało znowu. :) I oh, będzie się działo dalej. Będzie się działo, o, tak was właśnie uszczęśliwię. Wyszła mi jakaś taka edycja, cholera, świąteczna? Ale darowałam sobie ekscesy z choinką ^^
2. Swoją drogą trochę zmieniłam ostatnio sposób pisania dialogów. Da się ogarnąć, co kto mówi?
3. Co do ankiety miałam jeszcze taki pomysł, żeby wszystkie 3 były na jednym blogu, każde z własną zakładką, ale to już by chyba było za dużo czytania i potem by się fabuły motały? Chociaż nie koniecznie. Ale nie zostaniemy chyba przy wersji jedno, które wygra, co?
A teraz enjoycie!

***

-W końcu i tak powiesz mi wszystko - oznajmiam z powagą, a Vincent odwraca się na chwilę, by na mnie spojrzeć. Wtedy jakoś tak mimowolnie podchodzę do niego i chwyciwszy za kurtkę, całuję go lekko. Nie czekając na odpowiedź odwracam się i znikam w ciemności, mówiąc - Powiesz mi. Na pewno.
Zadowolona z rozwoju wydarzeń wracam do mieszkania. Udało mi się, co nieco do wiedzieć. Mam też Vincenta i Victorię po swojej stronie, a to dodaje mi otuchy. Idę raźnym krokiem, rozkoszując się przepiękną nocą i milionami gwiazd, które zdają się świecić tylko dla mnie.
Tak oto kończy się tydzień i zaczyna wolne. Długie wolne, bo, kurwa, świąteczne. Wracam na ten czas do domu. Toteż muszę się spakować, a następnego dnia rano mam pociąg. Ostrożnie zakradam się z powrotem do mieszkania. Włączam muzykę, oczywiście nie za głośno, no bo przecież sąsiedzi chcą spać. Ja zaś nawet nie mogę...
Jestem tak podekscytowana powrotem do domu no i tak... Hm. Właściwie trudno stwierdzić, ale tak... Coś... Wydarzeniami dnia dzisiejszego.  Udało mi się tak wiele dziś dowiedzieć, a wszystko dzięki Victorii. No i ta rozmowa z Vincentem... Mam wrażenie, a może nadzieję, że coś się zmieniło. Na lepsze.
Wyciągam swoją walizkę na lekko obluzowanych już kółkach - trochę ją w życiu potłukłam - i pakuję do niej trochę ciuchów. Tych, bez których nie przeżyję nawet w domu i kilka książek. Muszę przynajmniej sprawiać wrażenie, że się uczę. W rzeczywistości średnio. Na szczęście filologia była przeciętna i niezbyt wymagająca. Może właśnie dlatego tam poszłam, nie spodziewając się od życia zbyt wiele. A tu proszę, bo moja rezygnacja okazała się być zapalnikiem dla wielu wydarzeń.
Gdy jestem już spakowana, zaczyna świtać i chociaż mam do pociągu jeszcze kilka godzin, nie sądzę, by opłacało mi się spać. Zamiast biorę prysznic, ubieram się w świeże ubrania i siadam w pokoju z filiżanką kawy.
Jakoś po godzinie 6 dostaję wiadomość od taty: "ja dziś pracuję, ze stacji odbierze Cię mama". I to tyle w tym temacie. Natomiast gdy już idę na pociąg, pisze do mnie dawna przyjaciółka, proponując spotkanie po świętach. Cóż... Dawno nie gadałyśmy i, de facto, nie zależy mi zbytnio. Mimo to, zachęcona dobrymi zdarzeniami ostatnich dni, przystaję na propozycję.
Po powrocie, jak to po powrocie, opowiadam rodzicom z grubsza, co się działo. Oczywiście pomijam kwestię Umbry, Maxa, Czarnego psa i takie tam... Czas mija spokojnie, ale przyjemnie. W domu zawsze jest dobrze. To przecież dom. Nadchodzą święta, a potem mijają. I tylko jedno razi mnie w tym wszystkim. Vincent nie odezwał się ani razu. Nie odpisał mi nawet na świąteczne życzenia i czuję się trochę, a wręcz bardzo rozczarowana. Przecież nie ma znaczenia, czy obchodzimy święta. To był tylko pretekst, by pogadać.
Toteż trochę ciekawa powodu, a trochę zmartwiona i stęskniona za razem, dzwonię do Victorii, z którą byłam w kontakcie od początku dni wolnych. O Vincencie jednak nie wspomniała ani słowem.
-Tak?
-Hej - mówię wesoło. - Co tam?
-Święta minęły tak szybko... Jeszcze tylko tydzień i znów na zajęcia.
-Ano fakt. Czas leci.
-Ale z drugiej strony zdążyłam się już stęsknić.
-Ja też.
-Coś się stało? Jesteś jakaś przygaszona.
-Nie. Nic się nie stało. Wydaje ci się.
-Coś kręcisz. Czuję to.
-Nie...?
-Ah, właśnie. Vincent o ciebie pytał.
-Naprawdę?!
-Aha! Tu cię mam. Niestety, tak naprawdę nie pytał. On nigdy nie pyta, ale nie przejmuj się.
-A kto twierdzi, że się przejmuję?
-Lucy.
-No co? Nie odpisał mi nawet na życzenia świąteczne. Ani me, ani be, ani pocałuj mnie w dupę. To niech spada.
-No właśnie, co się tak właściwie wydarzyło przed świętami? Dziękowałaś mi wtedy za informacje. A następnego dnia Vince zachowywał się jakby go ktoś młotkiem w głowę uderzył.
-Czyli?
-3 razy wpadł na słup, gdy szliśmy na pociąg. Coś dodać?
-Hahaha! Żartujesz. Szkoda, że nie mogłam tego zobaczyć.
-Spoko. Wyobraź sobie, że za trzecim razem udało mi się to nawet nagrać, taki był nieobecny. Zobaczysz.
-O jaaa! Super.
-No? To co się stało?
-Pogadaliśmy sobie trochę. Mówił, że ty wiesz.
-Powiedział ci?
-Cóż... Nie miał wyboru. I tak go podejrzewałam. To o heterochronii dało mi za to odwagę, żeby z nim pogadać.
-Hm... Czyli wszystko wiesz. Rozumiem.
-Chociaż nie chciał powiedzieć nic o czarnym psie.
-Czarnym psie? Pierwsze słyszę?
-Ah, czyli o tym już nie mówił. W takim razie nieważne.
-Jak nieważne? Ej, ja też chcę wiedzieć! - burzy się Victoria.
-Ok, ale o tym pogadamy nie przez telefon. Słuchaj, ja wracam już w sobotę, więc może byśmy się spotkały.
-O, dobry pomysł.
-Świetnie. Wtedy powiem ci o czarnym psie. Tylko nie mów nic Vincentowi.
-W porządku. Ale wątpię, że chodziło tylko o rozmowę, że był taki nieprzytomny rano.
-Może się nie wyspał.
-Naprawdę? Naprawdę?
-Oj daj spokój.
-Mów. Wiem, że musiało się coś zdarzyć.
-Nbosiecwlsmy...
-Co?!
-Co?
-Mówże wyraźnie.
-Nie... Ojeny... On nic ci nie mówił? Nic? Zupełnie nic?
-Ale o czym?
-No o... Eh!
-Zacznijmy od początku. Wiesz kim jest. Czy to znaczy, że ty też?
-Cóż... Poniekąd.
-Ok. To dlatego byłaś wiecznie nie wyspana.
-Tak. To dlatego. 
-No dobrze. Czyli rozumiem, że zdarzało wam się spotkać także poza uczelnią.
-W pewnym sensie. Chociaż tylko raz normalnie, jeszcze na samym początku, bo pozostałe razy miał zawsze zasłoniętą twarz i nie wiedziałam jeszcze, że ma te oczy takie, no...
-Mhm. Ale kiedy ty go spotkałaś na początku.
-Aa... Taki tam jeden raz. I tyle.
-Ok. Czyli rozumiem, że wtedy nic się nie wydarzyło.
-Nie.
-No a kiedy się wydarzyło?
-Eh... No, bo wiesz, tam parę takich spraw wynikło no i na przykład pamiętasz jak nas nie było na zajęciach?
-Pamiętam.
-No to... no... Ale cóż, wtedy byłam pewna, że sobie żartuje, ale raz tak na siebie wpadliśmy po wykładach i byliśmy  razem w kawiarni...
-O rany!
-Co?
-Nie wierzę! O boże, jak mogliście spotykać się za moimi plecami i nic mi nie powiedzieć?
-Tak bym tego nie nazwała. Spotkaliśmy się przypadkiem. A potem i tak mi nawtykał... Ale nie ukrywam, chyba mnie wtedy pocałował. Tfu! Uratował.
-Ciekawe macie metody ratowania...
-Nie! Przejęzyczyłam się!
-Ale całowaliście się, tak? Tak?
-Cóż...
-Czyli tak.
-No, ale co z tego. Skoro teraz i tak się nie odzywa, a wydawało mi się, że teraz jak się dogadaliśmy powinno być lepiej.
-Lucy, do licha, wiesz, że Vince to jest ciężki przypadek i nawet brakuje mi na to nazwy, ale ty?
-Co ja?
-Może tak zrozumiesz. Nigdy, ale to nigdy nie słyszałam, żeby Vincent tyle mówił o jakiejś dziewczynie. Ba! Nigdy nie słyszałam w ogóle, żeby o jakiejś mówił. A tym bardziej nie spotkałam się z tym, żeby aż tyle czasu i uwagi komuś poświęcał. I osobiście nie mam żadnych, ale to żadnych wątpliwości, co to oznacza. Rozumiesz? Założę się, że cały czas o tobie myśli, ale na pewno ma jakiś bardzo głupi argument, żeby do ciebie nie napisać. Ma niewyparzony jęzor, więc można się nie zorientować, ale on naprawdę jest kiepski w tych sprawach. Ale proszę, nie daj się nabrać.
-Ale skąd ta pewność, co?
-Jezu, jak ty mnie denerwujesz, przecież ci mówię.
-Ojeny, ale że ty tak uważasz to jeszcze nic nie znaczy.
-Znaczy. Bo ja wiem coś, czego ty nie wiesz, ale tego ci nie powtórzę. Niech sam ci powie, dlaczego się tobą, no wiesz, zainteresował.
-Pytałam. Ale powiedział tylko, że on nienawidził nocy, a ja uwielbiam. No i to prawda. Uwielbiam.
-No, czyli jednak coś tam wiesz.
-Ale nie rozumiem, co to znaczy.
-Wierz mi, że coś dobrego. A teraz mnie nie denerwuj i przestań się wahać.
-Ok! Ok! Zrozumiałam.
-Zadzwoń do niego po prostu. Bądź mądrzejsza. Zresztą ja go też trochę pomęczę, może się dowiem, co ma znowu za problem.
-Haha. Dzięki.
-Nie ma sprawy. Wiesz, że ja wam kibicuję już od dawna.
-Oh... Doprawdy?
-Tak! Ja wiedziałam od początku, że tak będzie. I to jest ten jeden raz gdzie zgadzałam się nawet z Amy, bo ona też chyba wyczuła, że się dogadacie.
-Przestań...
-Teraz się wstydzisz?
-Cóż...
-No dobra. Już nie pytam. A jakie masz plany na najbliższe dni?
-Mam się spotkać z dawną przyjaciółką. Jestem ciekawa, bo właściwie wspomniała też, że chce mi kogoś przedstawić. Chyba swojego chłopaka. Zobaczymy.
-Hooo. Będziesz musiała mi o wszystkim opowiedzieć.
-Jasne.
-Trzymaj się.
-No. Ty też. Pa.
Rozłączam się i chowam telefon do kieszeni, tylko po to, żeby zobaczyć, że w drzwiach stoi mama. Spoglądam na nią, nie ukrywając niezadowolenia, że nie zaczekała, aż skończę gadać. Ale gdy widzę jej uśmiech, nie potrafię się gniewać.
-Z kim gadałaś?
-Z Victorią.
-Wybierasz się gdzieś?
-Tak. Jestem na jutro umówiona z Kate. (Najgłupsze możliwe imię, ale chociaż pasuje do bohaterki. Przyp. autorka)
-Nie gadałyście już długi czas.
-To prawda, ale napisała do mnie ostatnio, więc pójdę.
-To dobrze. Cieszę się, że nie siedzisz cały czas w domu. Mogłabyś tylko oduczyć się tego późnego wracania. Kusisz los...
-Spokojnie. Na złego potwory nie czyhają - śmieję się.
-Oj ty...
-A teraz wybacz, idę spać, mamo. Dobranoc. 

sobota, 27 czerwca 2015

Szept 19 ~ Prawda dnia i nocy.

 I tak oto, jak z bicza szczelił, już 27 czerwca- sobota - tak, termin 19 rozdziału, a oto 19 rozdział zapraszam!

***

Stoję przed chłopakiem w kapturze i chociaż nie mam żadnego dowodu, wiem, że to Vincent. Nic dziwnego, że coś w nim zdawało się znajome. Po rozmowie z Victorią nie miałam już specjalnie żadnych wątpliwości.
-Na pewno musiał palnąć jakąś gafę albo mieć jakiś sekret. No proszę, Victoria, jesteś moją ostatnią deską ratunku. Nie rób mi tego - jęczałam do telefonu, prosząc o jakąkolwiek wskazówkę.
-Jest jedna rzecz.
-No?
-Bo widzisz...
-No? Wyduś to z siebie
-Vincent choruje na heterochronię - oznajmiła Victoria.
-Różnobarwność tęczówek? 
-Słyszałaś o tym?
-O chorobie tak, ale nie o tym, że Vincent na to choruje - odpowiedziałam, w duchu kwicząc z radości.
-To choroba dziedziczona genetycznie. I w rzeczywistości jego jedno oko jest zielone, a drugie brązowe, ale nie lubi o tym mówić, więc nosi brązowe soczewki, żeby nie wyróżniać się z tłumu.
-A więc to tak. Dzięki! Nie masz pojęcia jak bardzo mi właśnie pomogłaś.
-Aż tak?
-Aż tak. Dobra, to dzięki. Muszę kończyć, mam coś do załatwienia.
-O tej porze?
-Tak. Właśnie o tej porze.
-Tylko uważaj.
-Nie martw się, idę jedynie na spotkanie z diabłem - zaśmiałam się.
Teraz czekam tylko na odpowiedź. Dłuższą chwilę panuje cisza i zastanawiam się, czy będzie zaprzeczał, udawał, że to nie on, czy się przyzna? Bo szanse na to, że się pomyliłam są naprawdę niewielkie. Czytałam o tym i heterochronia jest rzadką chorobą. Toteż ile chłopaków w jednym mieście może ją mieć. Jednak słyszę tylko śmiech i przez chwilę zaczynam wątpić. Wreszcie chłopak sięga ręką do twarzy i zsuwa z niej szal.
-Jak się dowiedziałaś? - pyta z powagą, a jego oczy pozostają tak samo puste i zimne, jak dotychczas.
-Jestem po prostu genialna, czemu nie potrafisz tego zrozumieć?
-Jak się zorientowałaś? - powtarza.
-Podejrzewałam cię trochę od samego początku. Nawet jeśli za pierwszym razem zbytnio się nie odzywałeś, było w tobie coś, czego nie udało ci się ukryć - tłumaczę - Dodaj do tego fakt, że wiedziałeś dziwnie dużo, pojawiałeś się w najdziwniejszych sytuacjach i gdy usłyszałam od Victorii nieco o twojej przeszłości właściwie wiedziałam już, że jesteś półcieniem. Nie miałam jednak pojęcia o tym, że ty to ty, ale zadzwoniłam do Victorii i powiedziała mi o heterochronii. I to był ostatni gwóźdź.
-Czyli specjalnie się nie wysiliłaś. Chociaż... To już jakiś wyczyn jeśli udało ci się namówić Victorię do mówienia.
-No nie? Czyli jestem genialna.
-Co najwyżej uparta. To akurat w stu procentach.
-No cóż... Nie przeczę.
-Skromna, nie ma co...
-Victoria wie?
-O tym, że jestem półcieniem? Tak.
-Tak myślałam. A rodzina?
-Nie. Wie tylko Victoria.
-Rozumiem.
-To skoro już wiesz kim jestem, co zamierzasz?
-Jak to "co"? - dziwię się. - Skoro ty jesteś tajemniczym półcieniem to znaczy, że również wiesz kim ja jestem.
-To fakt. A to tylko dzięki twojej głupocie.
-Co masz na myśli?
-Nie przyszło ci do głowy, żeby ukryć twarz? Toteż nie powinno cię dziwić, że od samego początku wiedziałem. I nie tylko ja. W ten właśnie sposób ściągnęłaś na siebie kłopoty.
-Czyli miałam rację, sądząc, że coś wiesz. Cóż... Podejrzewam, że nie chciałeś mówić, bo w ten sposób byś się ujawnił, ale skoro już znam prawdę o tobie, może zechcesz mi wreszcie powiedzieć o wszystkim.
-Co chcesz wiedzieć?
-Nazwiska i adresy! - śmieję się. - A tak na poważnie... Może zaczniemy od dzisiejszej akcji.
-Ogon.
-Ogon?
-Ten kto nas śledził. Tak zwany "ogon.
-Ah. Racja.
-Masz jakieś podejrzenia?
-Nie... Nie pytałabym, gdybym wiedziała kto to był. Podejrzewam jedynie, że nie człowiek.
-Tu masz rację - przyznaje Vincent. - Ale zanim ci powiem...
-Co znowu?
-Powiedz mi, dlaczego zostałaś kontrahentką?
-Ah, więc o to chodzi... - śmieję się raz jeszcze. - To proste: żeby żyć.
-Nie rozumiem.
-Cztery... No, teraz już, cztery i pół roku temu miało miejsce pewne zdarzenie, o którym nikt się nigdy nie dowiedział. Tamtego dnia omal nie straciłam życia.
-Wypadek?
-Cóż... Nie wiem, czy mężczyznę z nożem można nazwać wypadkiem.
-Napad?
-Bo widzisz... Pochodzę z niedużego, spokojnego miasta - mówię - To nie tak, że nigdy wcześniej nie słyszałam o cieniach, ale u nas takie rzeczy były rzadko spotykane toteż czułam się dosyć bezpiecznie. Lubiłam noc i nie bałam się nocnych spacerów. Właściwie korzystałam z każdej okazji, by pospacerować w ciemności. Byłam wtedy bardzo, bardzo nieostrożna. Od jakiegoś czasu krążyły plotki o atakach na młode dziewczyny, więc nie było wątpliwości, że to tylko człowiek. "Dlaczego miałabym się bać człowieka" tak wtedy myślałam. Zresztą byłam przekonana, że mi się to nie przytrafi, a nawet gdyby to, że mogę sobie poradzić - tu urywam na chwilę i uśmiecham się. - I na myśleniu się skończyło... Wracałam w nocy od przyjaciółki. Weszłam w nieodpowiednią ciemną uliczkę, jak się okazało, tylko po to, by stanąć oko w oko z mężczyzną z nożem. Do dziś pamiętam... Te oczy. Puste oczy, w których widziałam jedynie swoje odbicie i koniec swojego zwykłego życia. Myślisz, że długo zastanawiałam się na odpowiedzią, gdy czyjś głos zaoferował mi ratunek w zamian za małą przysługę? W chwilę później mężczyzna zniknął i została po nim jedynie plama krwi, a ja zostałam kontrahentką.
-Wybrałaś ludzkie życie ponad zbawienie? - pyta Vincent, ale bez wątpienia słyszę w jego głosie kpinę.
Myślę, że nie ma się, co dziwić, jeśli sceptycznie podchodzi do wiary. Został pozbawiony wyboru. Przez własną matkę jest półcieniem. Został uznany grzesznikiem, chociaż nie zrobił nic złego.
-Nie miałam żadnej gwarancji, że istnieje życie po życiu. Za to teraz mam je na pewno, jako cień - dodaję, uśmiechając się zadziornie.
-Ale czy nie na tym opiera się wiara? Na tym, że nie ma dowodu, a jednak się wierzy?
-Oh... Religijny półcień. To ciekawe.
-Tylko teoretyzuje - mruczy Vincent.
-Cóż... Tak. Wybrałam ziemskie życie, które bardzo cenię, ale uświadomiłam sobie niestety dopiero, gdy byłam bliska utracenia go.
-To normalne.
-Tak. To ludzkie. Ale dlaczego chciałeś wiedzieć?
-...Tak po prostu.
-W sumie, każdy pewnie byłby ciekawy. Dobra to teraz przestań się wymigiwać i mów. 
-Tak, tak...
-Kto nas dzisiaj śledził?
-A jak myślisz? No strzelaj. Co ci przychodzi do głowy.
-Nie wiem...
-Spróbuj.
-Sebastian? Raczej nie...
-Nie. On akurat jest człowiekiem, tego możesz być pewna. Jakiś inny pomysł?
-Hm... Ale rozumiem, że znam tą osobę, tak?
-Tak.
-Ale ja nie znam za dużo ludzi... I nie mam zbytnio pomysłu. Może ktoś z naszego roku... No powiedz.
-Max.
-Max?
-Max. On jest kontrahentem tak jak ty.
-Dlaczego?
-Jego spytaj.
-Chodzi mi o to, dlaczego nas śledził.
-Ty go też śledziłaś.
-No tak! Ale ja mam powód.
-Skoro już o tym mowa, to nie był pierwszy raz jak za nim szłaś, nie?
-Nie. Za pierwszym razem spotkałam go przypadkowo na uczelni i wtedy też się zjawiłeś. Wtedy mnie właściwie uratowałeś, bo Umbra zaczęła szaleć... Za drugim też się niespodziewanie zjawiłeś, a on mi zwiał. Wiedziałeś... Prawda?
-To fakt. Wiedziałem. Ale dlaczego go śledziłaś?
-Właśnie przez Umbrę.
-Kim jest Umbra?
-Cieniem, z którym zawarłam kontrakt. Tak ją nazwałam, bo nie chciała o sobie nic powiedzieć. Mówiłam, że uratowała mnie w zamian za pewną przysługę. Umbra pragnie śmierci Maxa, chociaż nie wiem dlaczego. Szczerze mówiąc niespecjalnie mnie to obchodzi bo powiedziała, że jedyne, co muszę zrobić to stworzyć jej dogodną okazję, a zatem zbliżyć się do niego, gdzieś, gdzie nie będzie ludzi.
-Rozumiem. To ma sens.
-Czyli zorientował się, że mam go na celowniku. To trochę... niedobrze.
-Nie. Obserwowałem was i to nie wyglądało tak, jakby się zorientował - stwierdza Vincent. - Nie zdziwiłbym się jakby on też na ciebie polował z jakiegoś powodu.
-Tylko z jakiego?
-Też chciałbym wiedzieć.
-Mam pewne podejrzenia i zamierzam je sprawdzić. Musimy to dobrze rozegrać, zanim zrobi się bajzel.
-Musimy?
-A nie?
-My? My musimy? - pytam kpiąco. - To jest coś co muszę zrobić sama. Proszę nie mieszaj się do tego.
-Dlaczego nie przyjmiesz pomocy?
-Ponieważ to jest coś, co muszę zrobić za to, że wciąż żyję. To moja powinność i mój grzech.
-...W porządku tylko nie rób nic głupiego.
-A teraz powiedz mi, co wiesz o czarnym psie.
-Nie.
-Dlaczego?!
-Wyco... Eh. Czarny pies nie stanowi zagrożenia. Przynajmniej na razie.
-Ale chyba powinnam wiedzieć, kto to, żeby być przygotowaną, gdy to się zmieni - protestuję.
-Nie.
-Dlaczego? Do cholery jasnej!
-Nie krzycz.
-Więc dlaczego? - nie daję za wygraną.
-Ponieważ nie stanowi zagrożenia, dopóki nie wiesz, kim jest.
-Ale przecież nie pokażę, że wiem.
-Nie dasz rady tego ukryć. Czarny pies jest bardzo sprytny.
-Ale dlaczego nie mogę wiedzieć?
-Taki jest układ. Jeśli zajdzie taka potrzeba, dowiesz się. Na razie zostaw tą sprawę w spokoju. Rozumiesz?
-Nie podoba mi się to, ale... Niech będzie. Na razie. Zresztą tu akurat mam swoje podejrzenia.
-To dobrze.
-Ale powiedz mi jedną rzecz.
-No? Jaką?...
-Dlaczego mi pomagasz?  - Wzrusza ramionami. - Przecież ile zaoszczędziłbyś sobie kłopotów, gdybyś po prostu to zignorował.
-Na to pytanie odpowiem kiedy indziej - odpowiada i już odwraca się, żeby odejść.
-Vincent! Przestań uciekać i powiedz mi.
-Wiesz... Kiedyś nienawidziłem nocy. Ty zaś zdajesz się ją uwielbiać.

***

Szczerze mówiąc nie do końca mam zaplanowane, co dalej. W znacznej mierze plany pokrzyżował mi romans, za którym niektórzy głosowali chyba obiema rękami. Aczkolwiek coś wymyślę.Z grubsza jednak stwierdzam, że powoli będziemy zacieśniać akcję. To znaczy, jasne mogłabym pomyśleć i przeciągnąć to nieco może ponad 60, ale po co? I tak jeszcze trochę zanim dotrzemy do końca, chociaż kilka spraw już się wyjaśniło, wciąż jeszcze zostają 2 spore kwestie. Zresztą nawet, gdy cienie skoczą szeptać, moja kariera się nie kończy. Rozważam zrobienie kolejnego bloga po tym, mam kilka zaczętych historii. Opcje można znaleźć w ankiecie i głosować, co chciałoby się czytać. Osobiście polecam Legende Nigmet jak ktoś lubi te klimaty, zresztą to moja najświeższa historia. Wybór jednak należy do was.

Kto patrzy, ten widzi